Wakacje Tadeusza i Katarzyny

 

(Pierwsza część opowiadania znajduje się TUTAJ, ale obie części można też czytać osobno.)

Deszcz dzwonił o otwarty parasol rozłożony z troską na trawniku. Pod parasolem siedziały na chuście w kratę równo pousadzane zabawki. Zosia już wczoraj zaplanowała, że tego dnia zorganizuje im piknik w ogrodzie, więc ten, bez względu na pogodę musiał się odbyć. Na chuście stały ceramiczne filiżanki i talerzyki z plastikowymi ciastkami i owocami z marcepanu. Te ostatnie swego czasu tak długo kurzyły się w paterach, że stwardniały i pozwolono się nimi bawić dzieciom. Zosia, schowana przed nagłym deszczem w przytulnym cieple domu, przyglądała się piknikowi zza szyby okna. Czytaj dalej

Nawiedzony dom

R

ozległa chmura, ciągnąc za sobą mrok nocy, zbliżała się wolno w stronę wzgórza, na którym siedział Tom. Grzebał patykiem w ziemi i coraz bardziej się niecierpliwił. Od wyznaczonego czasu spotkania z Mike’em minęła już godzina. Przez ostatnie dziesięć minut powtarzał sobie, że jeszcze minuta i pójdzie go poszukać. Nie mógł się jednak ostatecznie zdecydować, bo wcale mu się to nie uśmiechało. Teraz żałował, że nazwał Mike’a tchórzem, bo ten, chcąc udowodnić swoją odwagę, poszedł sam do nawiedzonego domu, z którego miał przynieść jakiś dowód na to, że tam był. Tom odprowadził Mike’a aż do granic zalesionych terenów otaczających posiadłość i tam miał na niego czekać. Ustalili, że spotkają się po godzinie, a już minęły dwie i było mu aż niedobrze z nerwów, bo nie ustalili żadnego planu na wypadek, gdyby Mike nie wrócił. W głowie przewijały mu się najgorsze scenariusze. Oczami wyobraźni widział siebie idącego do tego domu, znajdującego martwego przyjaciela i w tej samej chwili wyskakującą na niego z otchłani domu poczwarę, która także jego jednym machnięciem szponów kładzie trupem. Podniósł się w końcu z kucek z zaciśniętymi pięściami i łzami w oczach, zdeterminowany, żeby mimo strachu iść na pomoc przyjacielowi. Czytaj dalej

Metamorfozy

S

złam przez ciche galerie muzeum. Szybkim krokiem mijałam kraje, kultury, epoki… Tu tykał stary, drewniany zegar z wahadłem, tam kamienna rzeźba bożka wytrzeszczonymi oczami gapiła się w nicość. Rozrzuceni nieregularnie ludzie snuli się od jednej gabloty do drugiej. Wszystko było na miejscu i zaczęłam powoli zapadać w spokojny letarg myśli, kiedy w Indiach dogonił mnie powiew chłodnego powietrza z klimatyzatora. Poczułam się nieswojo, wstrząsnął mną dreszcz, a kiedy przeszedł, nie byłam już sobą. Zmieniłam się w tygrysa. Trochę zaskoczona, ale bardziej zadowolona z tej przemiany, czując bezmiar energii w swoim nowym, silnym, zwierzęcym ciele, chcąc je wypróbować, rzuciłam się pędem przed siebie. Długie pazury uderzały o drewnianą posadzkę. Mój bieg był manifestacją radości, siły i życia. Zdziwiłam się więc, że napotkani przeze mnie ludzie, zamiast cieszyć się ze mną, uciekali z krzykiem na mój widok i kryli się po kątach. Czytaj dalej

Czy było warto? – bajka z morałem

N

iedaleko rajskiej plaży o piasku złotym i miałkim, gdzie powietrze rozbrzmiewało odgłosami fal leniwie rozbijających się o brzeg, znajdowała się jaskinia. Była częścią formacji skalnych powstałych po wybuchu nieaktywnego juz wulkanu. Panowała w niej wieczna wilgoć i nigdy nie zaglądało tu słońce. Tuż pod sklepieniem jaskini, między tysiącami podobnych sobie osobników, zwisał On. Wśród pisków i wrzasków budzącej się z wolna dookoła niego ciżby, głuchy i ślepy na wszystko, zastanawiał się nad bezsensowną monotonią swojego życia. A myślało mu się dobrze, bo kiedy tak wisiał, cała krew spływała mu do głowy i obserwacje stawały się jaśniejsze. Czytaj dalej