Nawiedzony dom

R

ozległa chmura, ciągnąc za sobą mrok nocy, zbliżała się wolno w stronę wzgórza, na którym siedział Tom. Grzebał patykiem w ziemi i coraz bardziej się niecierpliwił. Od wyznaczonego czasu spotkania z Mike’em minęła już godzina. Przez ostatnie dziesięć minut powtarzał sobie, że jeszcze minuta i pójdzie go poszukać. Nie mógł się jednak ostatecznie zdecydować, bo wcale mu się to nie uśmiechało. Teraz żałował, że nazwał Mike’a tchórzem, bo ten, chcąc udowodnić swoją odwagę, poszedł sam do nawiedzonego domu, z którego miał przynieść jakiś dowód na to, że tam był. Tom odprowadził Mike’a aż do granic zalesionych terenów otaczających posiadłość i tam miał na niego czekać. Ustalili, że spotkają się po godzinie, a już minęły dwie i było mu aż niedobrze z nerwów, bo nie ustalili żadnego planu na wypadek, gdyby Mike nie wrócił. W głowie przewijały mu się najgorsze scenariusze. Oczami wyobraźni widział siebie idącego do tego domu, znajdującego martwego przyjaciela i w tej samej chwili wyskakującą na niego z otchłani domu poczwarę, która także jego jednym machnięciem szponów kładzie trupem. Podniósł się w końcu z kucek z zaciśniętymi pięściami i łzami w oczach, zdeterminowany, żeby mimo strachu iść na pomoc przyjacielowi. Czytaj dalej