Spacer (wyjątki z dziennika)

N

a chodniku, widzę z daleka, leży coś niewielkiego i puchatego. Zbliżając się uśmiecham się do pompona, który ktoś musiał zgubić. A kiedy jestem bezpośrednio nad nim, okazuje się jednak, że to wróbel. Z zamkniętym dziubkiem i oczami, z podkurczonymi łapkami, ubrany w najdelikatniejsze puchowe piórka. Już chcę się do niego uśmiechnąć ale zaraz myślę, że to śmierć, a do śmierci przecież uśmiech nie pasuje. Mijam go więc zmieszana, a on zostaje tam cichy, spokojny i pogodzony, jakby całym swoim ciałkiem, leżącym na jednym z oksfordzkich chodników, mówił nam, że to nic strasznego i skoro tak musiało być to on nie ma nic przeciwko. Więc jednak uśmiecham się do niego najczulszym z uśmiechów. Czytaj dalej