Niebo

 

Sępolno. Właściciel mieszkania, które chcemy obejrzeć utknął w korku i spóźni się kilka minut. Stoimy obie z siostrą na klatce schodowej, na którą, wracając ze sklepu, wpuścił nas jeden z sąsiadów. Niósł w jednorazówce poranne zakupy: bułki, serek wiejski i pomidor – pewnie część tylko składników nieśpiesznego, emeryckiego śniadania.  Czytaj dalej

Big Band

 

Eleganckie kobiety siedzące na widowni ruszają do rytmu głowami, a w ich uszach kołyszą się długie kolczyki. Światło padające od sceny mieni się tysiącem iskier w drogich kamieniach wprawionych w ich biżuterię. Mężczyźni przytupują w takt muzyki z taką werwą, że aż drży podłoga. Nie ma tutaj ani jednego biernego słuchacza. Morze ludzi faluje rytmicznie i pulsuje wspólnym ruchem. Wszystkie bilety zostały wyprzedane i nie ma ani jednego wolnego miejsca. Wśród nakrytych czarnymi, długimi obrusami, okrągłych stołów, między jednym łykiem pina colady, a drugim, cała sala jazzem odpływa w noc.  Czytaj dalej

Szkice słowem

 

Szkice słowem to seria opisów nie mających ani wyraźnego początku ani końca, są zwięzłymi w formie spostrzeżeniami dotyczącymi wyjętej z ciągu wydarzeń chwili albo luźną garścią myśli na jakiś temat.

 

Papugi

Jej lewy policzek i szyję pokrywały luźno rozrzucone piegi. Mimo, że była w naszym wieku, mówiła do nas jak do dzieci, tonem nauczycielki, trochę rozkazującym, ale jednak pełnym czułości. W uszach miała znowu inne kolczyki. Tym razem były to dwie malowane kolorowo papugi ary, które kołysały się hipnotyzująco przy każdym ruchu jej głowy. Głos jej brzmiał mocno i dźwięcznie. Jak zawsze była pełna życia i energii. Nie potrafiłam wyobrazić jej sobie zmęczonej. Mówiąc, co jakiś czas, jak najnaturalniej, wtrącała swoje rodzime francuskie wstawki: “Mais oui.”, “D’accord!”. Kiedy mijała cię w pracy, nie do końca pewna co robisz, mimo że byliście dokładnie na tym samym stanowisku, zadawała ci pytania, a ty tłumaczyłeś się jakby była twoją przełożoną. A kiedy w końcu usatysfakcjonowałeś ją swoją odpowiedzią, jej pytająco zmarszczone czoło wygładzało się, a na jej twarzy wykwitał akceptujący uśmiech. Tego dnia szłam do domu, ciągle mając przed oczami hipnotyzujący ruch kolczyków w papugi kołyszących się do rytmu jej słów. Czytaj dalej

Wtorek we Florencji

Wstajemy nieprzytomni i zaspani i jedziemy na wschód słońca na Piazzale Michelangelo. Patrzymy jak Florencja budzi się do życia. Mimo, że później temperatura wzrośnie do około trzydziestu stopni, teraz jest zimno. Promienie słońca, które jeszcze nie grzeją, wydobywają budynki z cienia, a te, dumnie wystawiają do nich swoje kopuły, wieże i dachy. Schodzimy do centrum miasta, przechodzimy przez Ponte Vecchio i błądzimy pustymi jeszcze ulicami. Miasto bez ludzi wygląda jak nie to samo. Powietrze pachnie jaśminem, który rośnie tutaj wszędzie. Kawiarnie i sklepiki dopiero się otwierają. Czytaj dalej

Pocztówka z Kornwalii

P

o sześciu godzinach podróży rozpakowujemy się, jemy coś na szybko i jedziemy na zachód słońca do Cadgwith, niewielkiej wioski rybackiej. Większość tutejszych zabudowań to białe domki kryte strzechą. Jest pusto. Turyści nie odkryli chyba jeszcze tego miejsca, albo nie rozpoczął się sezon, a mieszkańcy pochowali się w domach gotowi na spoczynek. Wszędzie leżą poukładane sieci i klatki do połowu krabów. Schodzimy do morza i witamy się z przypływem pozwalając dosięgnąć słonej fali czubków naszych butów. Objęta ciepłem słońca woda bawi się na położonych płytko skałach. Fale rozbijają się o twardy brzeg, wyrzucają w górę garści kropel podobnych diamentom i bulgocząc odpływają, żeby po chwili uderzyć ponownie. Morze hipnotyzuje nas swoim ciągłym, niestrudzonym ruchem, grą barw, tekstur i odblasków. Zatrzymuje nas przy sobie długo po zmierzchu. Powoli znikają obrazy i tylko bulgotanie i szum wody nie dają nam zapomnieć o bliskości tego wielkiego, leżącego u naszych stóp organizmu. Czytaj dalej

Cisza w muzeum

Z

a dziesięć minut zaczyna się moja zmiana. Wchodzę w wielki, kamienny budynek, do którego prowadzą szklane, obrotowe drzwi. Przy drzwiach stoją on i ona. W oddaleniu od siebie, jakby się wcale nie znali. Pomagają odwiedzającym muzeum odnaleźć się w plątaninie galerii i korytarzy, a po powrocie do domu grzeją wodę na herbatę w tym samym czajniku… Czytaj dalej

Gra

S

złam przez Iffley za mężczyzną pchającym wózek z dzieckiem. I już za pięć kroków miałam go wyminąć, kiedy na niego spojrzałam. On w tej samej chwili odwrócił się w moją stronę i przez ułamek sekundy oboje, równie zaskoczeni napotkaniem czyjegoś wzroku, patrzyliśmy sobie w oczy. Odwróciłam głowę, trochę speszona tym, że moja próba obserwacji innego człowieka została przez niego zauważona i szłam dalej, starając się udawaną naturalnością zamaskować moje zmieszanie. Ale on, mimo mojego, jak mi się zdawało, wprawnego aktorstwa, chyba wszystko zauważył, bo od razu zaczął gwizdać. Gwizdał na melodię popularnej, dziecięcej melodii “Head and shoulders, knees and toes…”. I czułam, że nie do dziecka w wózku pogwizduje ale do mnie. Przyspieszyłam więc kroku, żeby jak najszybciej zniknąć z pola jego widzenia i nie karmić go potrzebą wygwizdywania tej melodii, ale ona goniła mnie i odbijała się echem od kamiennych murów na pustej ulicy. Nagle ktoś zaczął otwierać wielką, białą bramę, żeby wyprowadzić samochód z podjazdu. Mężczyzna, najwyraźniej zawstydzony obecnością kogoś trzeciego i zdawszy sobie sprawę z tego, na jak wiele sobie wobec mnie pozwolił, umilkł. Byłam wolna! Właściciel samochodu nieświadomie wybawił mnie z tej niezręcznej sytuacji. Czytaj dalej

Lato w muzeum

 

– Idą, idą – Wyszeptała konspiracyjnie wymijając mnie wesoła staruszka. Biegła przez galerie egipskie, najwyraźniej przed czymś uciekając.

      Miała siwe, proste włosy do ramion. Szary, cienki płaszcz, w który była ubrana, sięgał jej do kolan. Ciągnęła za sobą kraciasty wózek na zakupy. Rozejrzałam się. Dookoła, oprócz jej i mnie, nie było nikogo. Patrzyłam za nią rozbawiona tą niegroźną dozą szaleństwa, kontynuując swoją pracę, która tego dnia wcale pracy nie przypominała. Wszyscy potencjalni odwiedzający, dla których krążyłam po muzealnych galeriach, korzystali z dobrej pogody i prawdopodobnie leżeli na kocach nad rzeką albo popijali lemoniadę w zaciszu swoich ogrodów. Tego dnia wystarczyło, że byłam obecna tylko ciałem. Duch mógł dryfować, gdzie mu się tylko podobało. Czytaj dalej

Spacer (wyjątki z dziennika)

N

a chodniku, widzę z daleka, leży coś niewielkiego i puchatego. Zbliżając się uśmiecham się do pompona, który ktoś musiał zgubić. A kiedy jestem bezpośrednio nad nim, okazuje się jednak, że to wróbel. Z zamkniętym dziubkiem i oczami, z podkurczonymi łapkami, ubrany w najdelikatniejsze puchowe piórka. Już chcę się do niego uśmiechnąć ale zaraz myślę, że to śmierć, a do śmierci przecież uśmiech nie pasuje. Mijam go więc zmieszana, a on zostaje tam cichy, spokojny i pogodzony, jakby całym swoim ciałkiem, leżącym na jednym z oksfordzkich chodników, mówił nam, że to nic strasznego i skoro tak musiało być to on nie ma nic przeciwko. Więc jednak uśmiecham się do niego najczulszym z uśmiechów. Czytaj dalej