Cisza w muzeum

Z

a dziesięć minut zaczyna się moja zmiana. Wchodzę w wielki, kamienny budynek, do którego prowadzą szklane, obrotowe drzwi. Przy drzwiach stoją on i ona. W oddaleniu od siebie, jakby się wcale nie znali. Pomagają odwiedzającym muzeum odnaleźć się w plątaninie galerii i korytarzy, a po powrocie do domu grzeją wodę na herbatę w tym samym czajniku… Czytaj dalej

Wolność

P

odskakuję w rytm muzyki jakby nie było jutra. Pot spływa mi po czole i brakuje mi tchu. Już dawno zrzuciłam buty, a w pończochach poleciały oczka. Rzeczy, które ze sobą niosłam, leżą w nieładzie na ziemi. Nie zważam na nic i tańczę jak opętana. Od dawna tłumiona energia, wzbierająca we mnie zbyt długo, w końcu znalazła ujście. Wychodzą ze mnie ruchy niepłynne i niepoukładane, tak jakby wszystkie chciały wyrazić się na raz, a ja nie mam nad nimi żadnej władzy. Czytaj dalej

Gra

S

złam przez Iffley za mężczyzną pchającym wózek z dzieckiem. I już za pięć kroków miałam go wyminąć, kiedy na niego spojrzałam. On w tej samej chwili odwrócił się w moją stronę i przez ułamek sekundy oboje, równie zaskoczeni napotkaniem czyjegoś wzroku, patrzyliśmy sobie w oczy. Odwróciłam głowę, trochę speszona tym, że moja próba obserwacji innego człowieka została przez niego zauważona i szłam dalej, starając się udawaną naturalnością zamaskować moje zmieszanie. Ale on, mimo mojego, jak mi się zdawało, wprawnego aktorstwa, chyba wszystko zauważył, bo od razu zaczął gwizdać. Gwizdał na melodię popularnej, dziecięcej melodii “Head and shoulders, knees and toes…”. I czułam, że nie do dziecka w wózku pogwizduje ale do mnie. Przyspieszyłam więc kroku, żeby jak najszybciej zniknąć z pola jego widzenia i nie karmić go potrzebą wygwizdywania tej melodii, ale ona goniła mnie i odbijała się echem od kamiennych murów na pustej ulicy. Nagle ktoś zaczął otwierać wielką, białą bramę, żeby wyprowadzić samochód z podjazdu. Mężczyzna, najwyraźniej zawstydzony obecnością kogoś trzeciego i zdawszy sobie sprawę z tego, na jak wiele sobie wobec mnie pozwolił, umilkł. Byłam wolna! Właściciel samochodu nieświadomie wybawił mnie z tej niezręcznej sytuacji. Czytaj dalej

Pączek z lukrem

M

arianna toczyła się jak kulka wzdłuż jednej z głównych ulic miasta. Za nią szły gęsiego jej dwa, równie grube jak ona psy. Pierwszym z nich był jamnik Tadeusz, który prawie zamiatał brzuchem chodnik. Pochłonięty nieustannym trawieniem wyglądał, jakby cały czas przysypiał. Patrzył na świat przez zwężone w szparki oczy, będąc w stanie utrzymać je otwarte tylko na tyle, żeby idąc o nic się nie potknąć. Przez ten grymas wyglądał jakby cały czas wszystko i wszystkich oceniał. W ślad za nim szła kudłata Katarzyna, krzyżówka spaniela i czegoś bardzo włochatego. Idąc z jak największą gracją potrafiła, rozglądała się na boki wielkimi, czarnymi oczami, otoczonymi ciemną firanką rzęs. Przy całym jej wdzięcznym kroku i głębokim spojrzeniu, czynił jej wygląd komicznym fakt, że miała okrągły tułów, spod którego wysuwały się cztery długie, cienkie jak patyki nogi. Czytaj dalej

Lato w muzeum

 

– Idą, idą – Wyszeptała konspiracyjnie wymijając mnie wesoła staruszka. Biegła przez galerie egipskie, najwyraźniej przed czymś uciekając.

      Miała siwe, proste włosy do ramion. Szary, cienki płaszcz, w który była ubrana, sięgał jej do kolan. Ciągnęła za sobą kraciasty wózek na zakupy. Rozejrzałam się. Dookoła, oprócz jej i mnie, nie było nikogo. Patrzyłam za nią rozbawiona tą niegroźną dozą szaleństwa, kontynuując swoją pracę, która tego dnia wcale pracy nie przypominała. Wszyscy potencjalni odwiedzający, dla których krążyłam po muzealnych galeriach, korzystali z dobrej pogody i prawdopodobnie leżeli na kocach nad rzeką albo popijali lemoniadę w zaciszu swoich ogrodów. Tego dnia wystarczyło, że byłam obecna tylko ciałem. Duch mógł dryfować, gdzie mu się tylko podobało. Czytaj dalej

Czy było warto? – bajka z morałem

N

iedaleko rajskiej plaży o piasku złotym i miałkim, gdzie powietrze rozbrzmiewało odgłosami fal leniwie rozbijających się o brzeg, znajdowała się jaskinia. Była częścią formacji skalnych powstałych po wybuchu nieaktywnego juz wulkanu. Panowała w niej wieczna wilgoć i nigdy nie zaglądało tu słońce. Tuż pod sklepieniem jaskini, między tysiącami podobnych sobie osobników, zwisał On. Wśród pisków i wrzasków budzącej się z wolna dookoła niego ciżby, głuchy i ślepy na wszystko, zastanawiał się nad bezsensowną monotonią swojego życia. A myślało mu się dobrze, bo kiedy tak wisiał, cała krew spływała mu do głowy i obserwacje stawały się jaśniejsze. Czytaj dalej

Przewidzenie

B

ladym świtem wyszedł do pracy. Siedziałam otulona w koc i opierałam się o ciepły kaloryfer. Nie zagrzałam się jeszcze, więc nie miałam ochoty wstać i przekręcić za nim zamka w drzwiach. Czytałam popijając wcześniej zrobioną herbatę. Pod wpływem ciepła i po słabo przespanej nocy zaczęłam robić się coraz bardziej senna. Ocknęłam się kiedy książka wypadło mi z rąk, odłożyłam ją i w tej samej chwili usłyszałam, że otwierają się drzwi. Może czegoś zapomniał – przemknęło mi przez głowę, ale nie odzywał się, co nie było do niego podobne. Kierowana jakimś przeczuciem tkwiłam w zastygłym milczeniu, czekając co będzie dalej. Czytaj dalej

Spacer (wyjątki z dziennika)

N

a chodniku, widzę z daleka, leży coś niewielkiego i puchatego. Zbliżając się uśmiecham się do pompona, który ktoś musiał zgubić. A kiedy jestem bezpośrednio nad nim, okazuje się jednak, że to wróbel. Z zamkniętym dziubkiem i oczami, z podkurczonymi łapkami, ubrany w najdelikatniejsze puchowe piórka. Już chcę się do niego uśmiechnąć ale zaraz myślę, że to śmierć, a do śmierci przecież uśmiech nie pasuje. Mijam go więc zmieszana, a on zostaje tam cichy, spokojny i pogodzony, jakby całym swoim ciałkiem, leżącym na jednym z oksfordzkich chodników, mówił nam, że to nic strasznego i skoro tak musiało być to on nie ma nic przeciwko. Więc jednak uśmiecham się do niego najczulszym z uśmiechów. Czytaj dalej

Na pograniczu

B

​yła godzina druga w nocy. Za oknem żółto świeciła latarnia. Leżąc na wznak wpatrywał się w sufit i w półmroku próbował odróżniać od siebie kształty przedmiotów i ich cienie rzucane na gładką powierzchnię. Ale rezultatem tych obserwacji nie był upragniony sen. Nie pomogło też absurdalne liczenie owiec, recytowanie w myślach wyuczonych na pamięć wierszy, albo przypominanie sobie litera po literze kolejnych kropek i kresek alfabetu Morse’a. Czytaj dalej