Alienation

 

Translation by Adrian Krajewski

Polish version

He coughed, and it made me jump. It was not his voice. I looked his way and indeed, there was a stranger sitting on the couch, reading a newspaper. I looked around the room – there was nothing familiar in it either. The table, chairs, the painting on the wall – I was looking at these things for the first time. I held my breath for a moment and I closed my eyes, but when I opened them again, everything was still bizarrely alien. How could I not notice that before? I have been here with him since I opened my eyes in the morning. I managed to prepare and serve him breakfast, I washed the dishes and only when I was making tea, this unpleasant sensation of alienation hit me. Czytaj dalej

Wtorek we Florencji

Wstajemy nieprzytomni i zaspani i jedziemy na wschód słońca na Piazzale Michelangelo. Patrzymy jak Florencja budzi się do życia. Mimo, że później temperatura wzrośnie do około trzydziestu stopni, teraz jest zimno. Promienie słońca, które jeszcze nie grzeją, wydobywają budynki z cienia, a te, dumnie wystawiają do nich swoje kopuły, wieże i dachy. Schodzimy do centrum miasta, przechodzimy przez Ponte Vecchio i błądzimy pustymi jeszcze ulicami. Miasto bez ludzi wygląda jak nie to samo. Powietrze pachnie jaśminem, który rośnie tutaj wszędzie. Kawiarnie i sklepiki dopiero się otwierają. Czytaj dalej

Nawiedzony dom

R

ozległa chmura, ciągnąc za sobą mrok nocy, zbliżała się wolno w stronę wzgórza, na którym siedział Tom. Grzebał patykiem w ziemi i coraz bardziej się niecierpliwił. Od wyznaczonego czasu spotkania z Mike’em minęła już godzina. Przez ostatnie dziesięć minut powtarzał sobie, że jeszcze minuta i pójdzie go poszukać. Nie mógł się jednak ostatecznie zdecydować, bo wcale mu się to nie uśmiechało. Teraz żałował, że nazwał Mike’a tchórzem, bo ten, chcąc udowodnić swoją odwagę, poszedł sam do nawiedzonego domu, z którego miał przynieść jakiś dowód na to, że tam był. Tom odprowadził Mike’a aż do granic zalesionych terenów otaczających posiadłość i tam miał na niego czekać. Ustalili, że spotkają się po godzinie, a już minęły dwie i było mu aż niedobrze z nerwów, bo nie ustalili żadnego planu na wypadek, gdyby Mike nie wrócił. W głowie przewijały mu się najgorsze scenariusze. Oczami wyobraźni widział siebie idącego do tego domu, znajdującego martwego przyjaciela i w tej samej chwili wyskakującą na niego z otchłani domu poczwarę, która także jego jednym machnięciem szponów kładzie trupem. Podniósł się w końcu z kucek z zaciśniętymi pięściami i łzami w oczach, zdeterminowany, żeby mimo strachu iść na pomoc przyjacielowi. Czytaj dalej

Pocztówka z Kornwalii

P

o sześciu godzinach podróży rozpakowujemy się, jemy coś na szybko i jedziemy na zachód słońca do Cadgwith, niewielkiej wioski rybackiej. Większość tutejszych zabudowań to białe domki kryte strzechą. Jest pusto. Turyści nie odkryli chyba jeszcze tego miejsca, albo nie rozpoczął się sezon, a mieszkańcy pochowali się w domach gotowi na spoczynek. Wszędzie leżą poukładane sieci i klatki do połowu krabów. Schodzimy do morza i witamy się z przypływem pozwalając dosięgnąć słonej fali czubków naszych butów. Objęta ciepłem słońca woda bawi się na położonych płytko skałach. Fale rozbijają się o twardy brzeg, wyrzucają w górę garści kropel podobnych diamentom i bulgocząc odpływają, żeby po chwili uderzyć ponownie. Morze hipnotyzuje nas swoim ciągłym, niestrudzonym ruchem, grą barw, tekstur i odblasków. Zatrzymuje nas przy sobie długo po zmierzchu. Powoli znikają obrazy i tylko bulgotanie i szum wody nie dają nam zapomnieć o bliskości tego wielkiego, leżącego u naszych stóp organizmu. Czytaj dalej

Podróż. Część I.

M

gła wstawała znad rzeki i połykała drzewa, drogi i domy. Na wodzie siedziało stado gęsi. Wyglądały jakby zebrały się tutaj na naradę zdziwione i zaniepokojone nagłym spadkiem temperatury. Każda powierzchnia pionowa i płaska najeżona była drobnymi igiełkami szronu. Cała okolica została zaczarowana w ciszę i biel. Mróz cienką warstwą skuł kałuże i wyostrzył powietrze. Był to poranek świąteczny i wszyscy spali jeszcze w ciepłych łóżkach, w perspektywie dnia mając dojadanie świątecznych potraw i ciast i może, ewentualnie, spacer, jeśli jedzenie za bardzo ich znuży. Czytaj dalej

Metamorfozy

S

złam przez ciche galerie muzeum. Szybkim krokiem mijałam kraje, kultury, epoki… Tu tykał stary, drewniany zegar z wahadłem, tam kamienna rzeźba bożka wytrzeszczonymi oczami gapiła się w nicość. Rozrzuceni nieregularnie ludzie snuli się od jednej gabloty do drugiej. Wszystko było na miejscu i zaczęłam powoli zapadać w spokojny letarg myśli, kiedy w Indiach dogonił mnie powiew chłodnego powietrza z klimatyzatora. Poczułam się nieswojo, wstrząsnął mną dreszcz, a kiedy przeszedł, nie byłam już sobą. Zmieniłam się w tygrysa. Trochę zaskoczona, ale bardziej zadowolona z tej przemiany, czując bezmiar energii w swoim nowym, silnym, zwierzęcym ciele, chcąc je wypróbować, rzuciłam się pędem przed siebie. Długie pazury uderzały o drewnianą posadzkę. Mój bieg był manifestacją radości, siły i życia. Zdziwiłam się więc, że napotkani przeze mnie ludzie, zamiast cieszyć się ze mną, uciekali z krzykiem na mój widok i kryli się po kątach. Czytaj dalej

Kot Simon

S

imon nocami zmieniał się w kota. Była to klątwa rzucona pokolenia temu na mężczyzn z jego rodu. Pamiętał, że będąc chłopcem miał to za coś tak naturalnego i oczywistego, że nie mógł się nadziwić, kiedy odkrył, że nie wszyscy mężczyźni przemieniają się nocą w koty.  Klątwa została nałożona tak dawno, że już nikt nie pamiętał jakiego przewinienia dotyczyła, ani kto za nią stał. Najprawdopodobniej, gdyby dotarto do jej przyczyn, możliwym stałoby się jej zdjęcie, jednak nie była traktowana jak coś uciążliwego, ale jako niepowtarzalna tajemnica rodzinna wyróżniająca jej członków spośród innych ludzi. Czytaj dalej

Cisza w muzeum

Z

a dziesięć minut zaczyna się moja zmiana. Wchodzę w wielki, kamienny budynek, do którego prowadzą szklane, obrotowe drzwi. Przy drzwiach stoją on i ona. W oddaleniu od siebie, jakby się wcale nie znali. Pomagają odwiedzającym muzeum odnaleźć się w plątaninie galerii i korytarzy, a po powrocie do domu grzeją wodę na herbatę w tym samym czajniku… Czytaj dalej

Wolność

P

odskakuję w rytm muzyki jakby nie było jutra. Pot spływa mi po czole i brakuje mi tchu. Już dawno zrzuciłam buty, a w pończochach poleciały oczka. Rzeczy, które ze sobą niosłam, leżą w nieładzie na ziemi. Nie zważam na nic i tańczę jak opętana. Od dawna tłumiona energia, wzbierająca we mnie zbyt długo, w końcu znalazła ujście. Wychodzą ze mnie ruchy niepłynne i niepoukładane, tak jakby wszystkie chciały wyrazić się na raz, a ja nie mam nad nimi żadnej władzy. Czytaj dalej

Gra

S

złam przez Iffley za mężczyzną pchającym wózek z dzieckiem. I już za pięć kroków miałam go wyminąć, kiedy na niego spojrzałam. On w tej samej chwili odwrócił się w moją stronę i przez ułamek sekundy oboje, równie zaskoczeni napotkaniem czyjegoś wzroku, patrzyliśmy sobie w oczy. Odwróciłam głowę, trochę speszona tym, że moja próba obserwacji innego człowieka została przez niego zauważona i szłam dalej, starając się udawaną naturalnością zamaskować moje zmieszanie. Ale on, mimo mojego, jak mi się zdawało, wprawnego aktorstwa, chyba wszystko zauważył, bo od razu zaczął gwizdać. Gwizdał na melodię popularnej, dziecięcej melodii “Head and shoulders, knees and toes…”. I czułam, że nie do dziecka w wózku pogwizduje ale do mnie. Przyspieszyłam więc kroku, żeby jak najszybciej zniknąć z pola jego widzenia i nie karmić go potrzebą wygwizdywania tej melodii, ale ona goniła mnie i odbijała się echem od kamiennych murów na pustej ulicy. Nagle ktoś zaczął otwierać wielką, białą bramę, żeby wyprowadzić samochód z podjazdu. Mężczyzna, najwyraźniej zawstydzony obecnością kogoś trzeciego i zdawszy sobie sprawę z tego, na jak wiele sobie wobec mnie pozwolił, umilkł. Byłam wolna! Właściciel samochodu nieświadomie wybawił mnie z tej niezręcznej sytuacji. Czytaj dalej