Niebo

 

Sępolno. Właściciel mieszkania, które chcemy obejrzeć utknął w korku i spóźni się kilka minut. Stoimy obie z siostrą na klatce schodowej, na którą, wracając ze sklepu, wpuścił nas jeden z sąsiadów. Niósł w jednorazówce poranne zakupy: bułki, serek wiejski i pomidor – pewnie część tylko składników nieśpiesznego, emeryckiego śniadania. 

Z głową opartą na dłoniach wyglądam przez okno na półpiętrze i wśród innych, przechodzących od czasu do czasu ludzi, moją uwagę przykuwa on. Chodnikiem, między zazielenionymi wybujałą roślinnością rabatkami, szybkim krokiem idzie mężczyzna. Niesie pod pachą duże, prostokątne lustro. Nagle rozdzwania się jego telefon. Wolną ręką, w pośpiechu obmacuje kieszenie i w końcu próbuje wydobyć go z jeansów. Jednak bez sukcesu. Zatrzymuje się więc i rozgląda za czymś, o co mógłby oprzeć lustro. Z braku innych opcji stawia je przy swojej nodze i przyciska zieloną słuchawkę zanim ustanie sygnał dzwonka. Oczami wyobraźni widzę już jak oparte niedbale lustro roztrzaskuje się w milion kawałków o beton chodnika. Na szczęście nic takiego nie następuje. Od razu wiem za to, że to właściciel naszego przyszłego mieszkania i że na pewno przypadnie nam ono do gustu. Po przedyskutowaniu warunków dostajemy klucze i możemy zamieszkać tu od zaraz. 

Jeżdżenie tramwajem z Sępolna na uczelnię, do centrum Wrocławia było jak podróż do innego świata. Wsiadałam w siedemnastkę jak w klekoczącą, stukającą i grającą wszystkimi metalowymi elementami rakietę kosmiczną i opuszczałam krainę, w której niewysokie budynki mieszkalne wydawały się być tylko dodatkiem do kapiącej zewsząd roślinności, gdzie wszędzie piętrzyły się to wyższe, to niższe żywopłoty, zza których wyglądały krzaki pachnących słodko róż i wysokie, kolorowe malwy. Gdzie po ścianach pięły się, wyciągając swoje ramiona coraz to wyżej i wyżej, bluszcze. Gdzie na każdym kroku rosły szumiące drzewa… Tramwaj mijał potem szeroki pas parku, przejeżdżał przez rzekę i wypluwał mnie w zabiegane miasto, pełne zatłoczonych dróg, ludzi i budynków. Niechętnie, na kilka godzin, poddawałam się temu pędowi.

Wracanie wieczorami na Sępolno było jak branie głębokiego oddechu. Wysiadałam na ostatnim przystanku, na pętli i byłam u siebie. Z każdej strony odzywały się ptaki, a w oknach domów, w odpowiedzi na spadającą na miasto noc, rozbłyskiwały pierwsze, ciepłe światła. Dzień zwalniał swój bieg.

Po ulicach Sępolna chodziłam zawsze z zapartym tchem, bo przecież mieszkał tu przez kilka lat młody Marek Hłasko. Tutaj dorastał i dopiero kształtowała się jego tożsamość artystyczna. Będąc studentką przeczytałam wszystko, co w swoim życiu napisał i co zostało opublikowane. W fascynacji jego osobą wydawało mi się, że ściany budynków, które mijam są przesiąknięte jego obecnością, że trasy którymi przeszedł, już na zawsze zostaną w pamięci tej dzielnicy, że oddycham tym samym co on powietrzem, i że spotykam na ulicach tych samych, co on ludzi. Nie mogłam pozbyć się nierealnego wrażenia, że kiedyś na niego, wracającego z Parku Szczytnickiego albo z nadrzecznych wałów, wpadnę. W moich oczach cała dzielnica była spowita legendą jego osoby.

Nasze mieszkanie było duże i przestronne. Znajdowało się na pierwszym i jednocześnie ostatnim piętrze jednego z wielu szeregowych domów. Jego urok i charakter były wypadkową zwyczajnych na pozór rzeczy: kuchni z drewnianym stołem, antresoli, miękkich dywanów, stojącej za oknami zieleni. Mieszkałyśmy tam w piątkę i nigdy nie wchodziłyśmy sobie w drogę. Był tylko jeden minus – zimą nie dało się go porządnie ogrzać. Dwie przyszłe architektki, urzędujące na antresoli, siedziały nad swoimi projektami w rękawiczkach bez palców i żeby się dogrzać, nieustannie kursowały do kuchnie po kolejne porcje gorącej herbaty. Farelki też niewiele pomagały, bo ich ciepło szybko znikało w przestrzeni mieszkania i uciekało przez dach. Nie chcąc płacić bajońskich sum za ogrzewanie, po kilku miesiącach się stamtąd wyprowadziłyśmy. Ja z ogromnym bólem serca. Chodzenie w styczniu po mieszkaniu w trzech swetrach, rajstopach pod spodniami i dwóch parach skarpet było niewielką ceną za czar naszego lokum i reszty dzielnicy. Wyjazd stamtąd przeżyłam jak rozstanie z najbliższą mi osobą, za którą się później tęskni latami.

Zdjęcie: Adrian Krajewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.