Wydra

 

Liście paproci piętrzyły się nad moją głową blokując dopływ prawie całego światła. Tylko gdzieniegdzie przebijały się przez gęstwinę świetliste, słoneczne smugi, spadając złotymi plamami na ściółkę. Doszłam do jeziora. Na omszałym kamieniu, przy spokojnej wodzie leżała na plecach wydra i zabawiała się przerzucaniem kamyka z jednej łapki do drugiej. Wcale na niego nie patrzyła, a podrzucany kamyk zawsze bezbłędnie lądował w przeciwnej łapce. Kiedy mnie tylko spostrzegła odrzuciła swoją zabawkę i ożywiona usiadła na kamieniu, przyglądając mi się ciekawie i podejrzliwie zarazem. Obie milczałyśmy.

– Ładne macie tutaj jezioro. – Odezwałam się jako pierwsza, skrępowana narastającą między nami ciszą.

– A wcale niczego sobie. – Odpowiedziała wydra intensywnie się we mnie wpatrując.

Podeszła do mnie powoli nie odwracając ode mnie wzroku. Kiedy mówiła błysnęły mi w przelocie jej śnieżnobiałe, ostre jak bateria noży, zęby. Z nerwów przełknęłam głośno ślinę. Nogi miałam jak z waty. Trzeba było jej nie zaczepiać, tylko przywitać się i bez zatrzymywania iść dalej. Zaczęła mnie obwąchiwać.

– Skąd jesteś? – Zapytała.

– Z miasta Taro. – Odparłam.

– Nie przyszłaś tu przypadkiem na przeszpiegi?

– Nie rozumiem. – Stałam jak przygwożdżona do ziemi.

– Ostatnio mamy tutaj dużo „odwiedzających”. – Zaczęła wyjaśnienia. – Przychodzą przebrani za turystów, w ubraniach moro, z plecakami, namiotami, termosami…Nocują w zagajnikach i na łąkach. Mówią, że są spragnieni natury i że tylko zwiedzają. Ale zauważyłyśmy, żę robią dokładne plan terenu, rusując mapy. To chyba nie wróży dla nas niczego dobrego. Może chcą wyciąć las i wybudować tu miasto, jak zrobili to w sąsiednim województwie. Czy jesteś jedną z nich?

– Nie mam namiotu ani plecaka. – Odparłam głupio, zamiast zwyczajnie powiedzieć, że nie. To chyba z nerwów.

– W rzeczy samej…W rzeczy samej. – Powiedziała wydra jak gdyby nie zwracając uwagi na wypowiadane przez siebie słowa. I dalej przeprowadzała inspekcję mojej osoby przyciskając swój mokry, ciepły nos do nogawek moich spodni.

– Przyszłam tu na grzyby. – Dodałam. Pokazując jej koszyk.

– Aha – Odpowiedziała. Wydawała się wcale mi nie wierzyć. – W takim razie udanego grzybobrania. – Odparła i w końcu mnie przepuściła patrząc za mną jak odchodziłam.

Odetchnęłam z ulgą po zakończeniu tej inwigilacji i pośpiesznie zapuściłam się w las. Był piękny, o mieszanym drzewostanie. Pachniał igliwiem, żywicą i grzybami. Niektóre z pni były tak grube, że czworo ludzi, złapawszy się za ręce nie byłoby w stanie ich objąć. Gdzieniegdzie bieliła się kora brzozy, gdzie indziej strzelała w niebo wyprostowana na baczność sosna. A nad wszystkim górowały majestatyczne korony dębów i buków. Mimo, że szłam najciszej, jak potrafiłam, nieustannie płoszyłam ptaki i wiewiórki, a spod moich stóp uciekały żaby. Zobaczyłam ślimaka siedzącego na dużym borowiku i aż przykucnęłam, żeby się mu przyjrzeć. Pokryty jeszcze poranną rosą niespiesznie obgryzał rozłożysty kapelusz grzyba. Wyglądał tak, jakby miał na to całą wieczność. Zahipnotyzowana, patrzyłam na powolność jego ruchów, zazdroszcząc mu jego swobody. Nie wiem przez ile minut trwałam w tym zapatrzeniu. W końcu musiałam się z niego otrząsnąć.

Przypomniawszy sobie, po co tutaj przyszłam, wciągnęłam w płuca jakby ostatni świadomy haust leśnego powietrza i rozejrzałam się dookoła przed zabraniem się do pracy. Wyglądało na to, że jestem sama. Westchnęłam i sprawdziwszy koordynaty upewniłam się, że znajduję się we właściwym kwadrancie. Miałam zmierzyć deniwelację terenu i tym samym określić czy nadaje się on pod zabudowę. Jeśli nie jest zbyt mokro, powstanie tu niedługo miasto. Po lesie nie zostanie ani śladu. Z ciężkim sercem, z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnęłam laserową miarkę i niewielki, składany statyw, złożyłam je razem, ustawiłam i kiedy celowałam czerwonym punktem w oddalone o kilkanaście metrów drzewo, usłyszałam za swoimi plecami chrząknięcie. Odwróciłam się. Z założonymi łapkami, oparta o pień stała za mną wydra, ta sama, z którą nie tak dawno temu rozmawiałam.

– Grzyby nam w tym roku obrodziły, prawda? – Powiedziała z kamiennym wyrazem swojego pyszczka, świdrując mnie swoim żywym, przenikliwym spojrzeniem. Nie dając mi czasu na odpowiedź, dodała. – Mam dla ciebie propozycję. Dostaniesz nad jeziorem kawałek ziemi, ale za to pomożesz mi i kilku moim koleżankom przedostać się do miasta. Mamy tam pewien interes do załatwienia.

Trwałam chwilę w bezruchu, nie zdradzając się ze swoimi myślami i analizując sytuację. Nie lubiłam miasta. Z braku wyboru i możliwości byłam obecnie na marnej pensji rządowej. Prawie nic nie odkładałam i kupienie takiej działki graniczyło z niemożliwością. Mogłabym postawić na niej mały, drewniany domek, rzucić pracę, zbierać owoce lasu i łowić ryby, i o nic więcej się już w życiu nie martwić.

– Zgoda. – Odparłam. I tym samym zostałam podwójnym agentem.

Przedyskutowawszy wszystko, od razu spisałyśmy kontrakt.

Wydry, żeby zatrzymać ekspansję miast na ich tereny, postanowiły odpowiedzieć atakiem na atak. Miały już dość bronienia i pilnowania lasu przed wścibskimi i chytrymi ludźmi. Od dłuższego czasu szykowały się do wojny. Teraz, mając gotowy plan, potrzebowały już tylko łączników po stronie przeciwnika. Jak się później okazało byłam jednym z pierwszych ludzi, których zwerbowały do pomocy, obiecując im to czy tamto.

Moim zadaniem było przemycenie kilku wydr na teren miasta. W porównaniu z innymi agentami, zaproponowano mi w zamian za to tak dużo, bo miałam przenieść i potem ukryć przywódczynie całego ruchu. Było ich razem cztery. Nie tracąc czasu ustaliły, że wejdą do mojego koszyka na grzyby, a ja przykryję je ściereczką i w ten sposób wniosę do miasta.

Przez rozstawione na drogach punkty kontrolne przeszłam bez najmniejszego problemu. Kiedy pokazywałam strażnikom moją legitymację rządową, tylko poganiali mnie, żebym przechodziła szybciej i nie zawracała im głowy. Już w domu poczęstowałam wydry śledziami w pomidorach. Innych ryb nie miałam. Bardzo doceniły to połączenie smakowe. Potem nalałam im wody do wanny, żeby miały gdzie pływać. Twierdziły, że właśnie w trakcie pływania myśli im się najlepiej. A skoro chciały mieć stały dostęp do wody, oznaczało to dla mnie brak kąpieli przez tydzień, bo tyle miało im zająć zorganizowanie wszystkiego na miejscu. Moje mieszkanie było dla nich przez ten czas bazą wypadową. Nieustannie wychodziły na jakieś spotkania. Jedno nawet zorganizowały u mnie. Zebrało się ich wtedy w moim salonie chyba z pięćdziesiąt, a pozostałe po spotkaniu puszki po śledziach w pomidorach musiałam wynosić do śmietnika partiami, żeby nie wzbudzić podejrzeń.

W końcu, czternastego czerwca, o świcie wydry przystąpiły do ataku. Były ich setki. Poprzegryzały wszelkie możliwe kable, przewody, rury, opony samochodów i co się tylko dało, paraliżując w ten sposób funkcjonowanie całego miasta. Jeśli coś zostało naprawione, natychmiast przegryzały dany kabel albo rurę w dziesięciu innych miejscach. Ludzie początkowo próbowali z nimi walczyć, ale była to walka nierówna, bo wydry były dobrze zorganizowane, niewidoczne i sprytne. Ich upór zaowocował tym, że po kilku tygodniach bezowocnej walki z niewidzialnym, uprzykrzającym na każdym kroku życie, wrogiem, ludzie zaczęli opuszczać miasto. Nie działała komunikacja, nie było kanalizacji, w sklepach półki świeciły pustkami, ponieważ nie docierały do nich dostawy, wszędzie rosły góry śmieci, których nie było jak wywozić… Wydry triumfowały. Pozwoliły, żeby natura opanowała miasto. Z trawników zrobiły się łąki, parki zamieniły się w lasy. A małe nasiona, które wciskały się w każdą szczelinę, rosnąc, swoimi korzeniami, rozsadzały betonowe mury. Wprowadziły się tutaj leśne zwierzęta i ptaki. Wszystko wracało do normy.

Zgodnie z obietnicą dostałam swoją działkę nad jeziorem i z pomocą wdzięcznych wydr wybudowałam na niej drewniany domek, w którym prowadziłam nieśpieszne, szczęśliwe życie. Uprawiałam ogródek, pływałam w jeziorze i chodziłam po lesie. Często, po śniadaniu, wybierałam się do leżącego nad brzegiem jeziora, obrośniętego mchem, kamienia, gdzie zawsze o tej porze mogłam znaleźć tę samą wydrę, którą spotkałam tu pierwszego dnia. Siadałam obok po turecku, ona jak zawsze przerzucała z łapki do łapki owalny kamyk i do wczesnych godzin popołudniowych prowadziłyśmy rozmowy o życiu i śmierci. Raz na jakiś czas organizowałam ognisko, na które zapraszałam wszystkie wydry z sąsiedztwa. Serwowałam wtedy miejscowe ryby w zalewie pomidorowej, które nauczyłam się przyrządzać. Stanowiły gwóźdź programu i byłam dzięki nim znana na całą okolicę.

 

Zdjęcie: Adrian Krajewski

5 myśli nt. „Wydra

  1. Pingback: The Otter | Punkt krytyczny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.