Sztorm

 

Był późny wieczór. Musieli zmienić kurs i zawinąć do niewielkiego portu na wyspie Maki, żeby przeczekać tam sztorm. Niemal w ostatniej chwili wpłynęli w potężne, kamienne ramiona osłaniające niewielką połać wody przed wiatrem i rosnącymi falami. Próbować przetrwać taką pogodę na otwartym morzu nie należałoby do rzeczy przyjemnych. Chociaż gdyby zostali zmuszeni, na pewno bez mrugnięcia okiem by takie wyzwanie podjęli. Załoga składała się przecież ze starych wilków morskich, którzy niejedno w życiu widzieli i niejedno na otwartych wodach przeszli. Do portu zawinęli głównie przez wzgląd na to, jaki ładunek ze sobą wieźli. Były to egzotyczne zwierzęta z różnych zakątków świata, wiezione na rozkaz króla Nebtka do jego królestwa.

Znajdowały się tam między innymi papugi ary, małpy z Borneo, słonie indyjskie i afrykańskie, szetlandzkie kuce, warany z Komodo, kameleony z lasów deszczowych, motyle w różnych stadiach rozwoju, o skrzydłach wielkości dwóch połączonych ze sobą dłoni i wiele innych. Szalony król Nebtka zamierzał stworzyć przy ich udziale coś na kształt biblijnego raju. Już przed dziesięciu laty wydzielił w okolicach swojego pałacu olbrzymi teren i kazał obsadzić go drzewami, krzewami i egzotycznymi kwiatami. Przeprowadził tamtędy sztuczną rzekę i założył dwa jeziora, których napełnianie trwało siedem lat. Usypał kilka wzgórz, dodał wodospad i parę jaskiń. Kazał postawić potężne szklarnie i oranżerie mieszczące najwyższe palmy i najdelikatniejsze, nieznoszące zimna tropikalne rośliny. Ogrodził to wszystko grubym, wysokim na kilka metrów murem. Żeby mieć dostęp do tak dużej powierzchni, król rozkazał przesiedlić jedno miasto i pięć wiosek. Nie omieszkał przy tym wypłacić żyjącym tam ludziom sutej rekompensaty za poniesione straty. Część z nich osiedliła się w znajdujących się wokół tego terenu tymczasowych domach i pracowała przy potężnym projekcie króla. Teraz już prawie wszystko było skończone. Do dopełnienia biblijnej wizji brakowało tylko zwierząt.

Tymczasem statek ze zwierzętami stał w porcie i czekał na przejście sztormu. Cała załoga nie mając na nim tymczasowo nic do roboty, jak jeden mąż, korzystając z nieczęsto nadarzającej się okazji, zeszła na ląd i udała się do miejscowych tawern. Na pokładzie zostali tylko ludzie zajmujący się doglądaniem zwierząt. Poili je i karmili przed nocą, przy czym większość z nich po uporaniu się z obowiązkami zamierzała dołączyć do reszty zabawiającej się załogi. Na statku dla dozoru mieli zostać tylko ci, którzy wyciągnęli najkrótsze słomki – pięć osób.

Było już dobrze po północy. W tawernach lało się hektolitrami piwo, a dźwięki tłuczonego szkła mieszały się z pijackimi pieśniami, piskami i śmiechem podszczypywanych w pośladki i łapanych za dekolty dziewek. Harmider był tak duży, że zagłuszał dochodzące z zewnątrz odgłosy sztormu, o którym przypominano sobie tylko wtedy, kiedy po wyjściu na zewnątrz wiatr zrywał ludziom czapki z głów i podcinał im nogi. Natychmiast zawracano wtedy do środka z zamiarem niewystawiania nosa za drzwi do czasu uspokojenia się pogody.

Nikomu nawet nie przyszło do głowy, że w tak niesprzyjających warunkach, pod osłoną nocy, przygotowuje się do skoku grasująca w tych rejonach szajka piracka. Tym razem działali z lądu. Mieli zakraść się na zacumowany w porcie statek wiozący pieprz, cynamon, kurkumę i inne przyprawy z Indii. Jednak ten z piratów, któremu powierzono wywiedzenie się o trasę statku, pokpił sprawę. Dwa tygodnie wcześniej wiedział, że statek z przyprawami będzie tu jeszcze dzisiaj w nocy i wypłynie następnego dnia rano. Jednak od tego czasu nie potwierdził tej informacji. Gdyby to zrobił, dowiedziałby się, że załoga statku uwinęła się z wyładunkiem towarów przeznaczonych do tego portu w jeden, zamiast w dwa dni i statek odpłynął stąd wcześniej. Na jego miejsce pojawił się inny, nieplanowany, przewożący zwierzęta króla Nebtka.

Nieświadomi swojego błędu piraci, zmagając się z pogodą, dostali się przy pomocy drewnianych szalup i wioseł na pokład i byli zdziwieni, że tak cenny ładunek jest pilnowany tylko przez pięciu ludzi. Ci, zaskoczeni we śnie, zostali szybko związani, zakneblowani i wrzuceni pod pokład. Niewielka piracka załoga ryzykowała życie, ale dla takiego ładunku było warto. Skupili całą swoją siłę i uwagę na sprawnym wyprowadzeniu statku z portu. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby w tym momencie sprawdzić ładunek.

Niezauważeni przez nikogo wypłynęli na morze. Dopiero na otwartych wodach czekała ich prawdziwa przeprawa. Dwunastometrowe fale przelewały się przez pokład i wznosiły się po obu jego stronach jak potężne góry, gdy statek zapadał się w wytworzoną między nimi dolinę, pikując dziobem w dół. Mimo, że ubrani byli w sztormiaki, już po paru minutach zmagania z żywiołem nie mieli na sobie ani skrawka suchego materiału. Nie marzli jednak, bo znajdowali się w ciągłym ruchu. Nie mieli zresztą wyjścia. Statek bujał się tak bardzo i tak drastycznie zmieniał kąt nachylenia, że nie było możliwości, żeby gdzieś przysiąść na chwilę i odpocząć. Załoga, komunikując się, bez sukcesów próbowała przekrzyczeć ryk wściekłego oceanu. W końcu, na skutek przeciążeń i naporu wiatru, uszkodzeniu uległ jeden z masztów. Złamał się jak zapałka. Wśród załogi zapanował popłoch. Znaleziono jednego człowieka przygniecionego reją. Na szczęście uderzenie go tylko oszołomiło. Sztorm osiągnął apogeum i podarł żagle na pozostałych masztach. Nie mieli już żadnej kontroli nad statkiem.

Nagle, wśród grzmotów fal i świstu wiatru, wyskoczyła skądś małpa. Był to pokaźnych rozmiarów orangutan. Przebiegł po pokładzie podpierając się o deski przednimi rękoma, po czym z całych sił uczepił się kikuta złamanego masztu i wystraszony i zdezorientowany wrzeszczał przeraźliwie. Załoga patrzyła na niego w osłupieniu, nie mogąc pojąć skąd się tu wziął. Z mokrą sierścią, wytrzeszczonymi z przerażenia oczami i wyszczerzonymi w krzyku kłami, wyglądał jak demon. Co niektórym przemknęło przez głowę, że umarli i zstąpili do piekieł i że już tak zawsze, pokutując za swoje grzechy, będą musieli dryfować po rozwścieczonych wodach oceanu. Nigdy nie zaznają spokoju i spoczynku, a nad ich głowami już zawsze będzie krzyczała przyprawiająca ich o szaleństwo małpa.

Otrzeźwiła ich dopiero kolejna, potężna fala, która przewalała się przez pokład. Każdy złapał się czego mógł. Teraz, w pokorze przed oceanem, który lada chwila miał ich pożreć, nawet najwięksi heretycy zaczęli bezgłośnie powtarzać niemal całkowicie zapomniane modlitwy, które w dzieciństwie wpoiły im ich babki. Tylko tyle mogli zrobić, reszta nie była już w ich mocy. Trzymając się kurczowo wszystkiego czego się dało, próbowali nie dać się zmyć z pokładu, który tańczył pod ich stopami jak nakręcana zabawka.

Uczepieni, czego się tylko dało, trwali tak godzinami, straciwszy już nadzieję na jakąkolwiek poprawę sytuacji. W końcu ocean zaczął się stopniowo uspokajać. Jednak oni tego nie zauważyli, bo wyczerpani spali w najdziwniejszych pozycjach, trzymając się nadal tego, czego złapali się w trakcie sztormu. Dookoła panował mrok i nieprzenikniona cisza. Długie, łagodne fale powoli spychały statek w stronę archipelagu wysp. W końcu żaglowiec dosięgnął okalającej archipelag rafy koralowej i wbiwszy się w nią dziobem jak gdyby zawahał się, po czym niespiesznie, skrzypiąc każdym łączeniem swojego drewnianego kadłuba, zwalił się na prawą burtę. Przestraszeni ludzie powpadali do wody. Nie mieli pojęcia, co się dzieje. Podniosły się krzyki i nawoływania. Lodowata woda przejęła ich chłodem do szpiku kości. Myśleli, że nie ma już dla nich ratunku, że są na środku oceanu, że statek w końcu poddał się sztormowi i będą musieli razem z nim pójść na dno… Ale jeden z bardziej opanowanych piratów wyczuł grunt pod nogami i zauważył, że statek nie tonie, tylko leży przewrócony na boku. Ktoś inny, wytężając wzrok, dostrzegł ląd o jakieś sto metrów od dziobu. Wszyscy z ulgą rzucili się w tamtą stronę, pomagając sobie nawzajem. Po chwili brodzili w wodzie już tylko po kolana, nieustannie potykając się o wystające fragmenty rafy. W końcu dotarli do piaszczystej plaży i jak jeden mąż runęli na mokry piasek. Po wrażeniach i przeżyciach całej nocy nie mieli siły na nic więcej, nawet na jeden, dodatkowy ruch ręką. Zostali więc tam, gdzie upadli. Dopiero wczesnopopołudniowe, palące słońce obudziło ich z kamiennego snu. Żar lał się na nich bezlitośnie z błękitnego nieba. Powoli oblizywali spierzchnięte wargi i z trudem podnosili ciężkie jeszcze od nadludzkiego zmęczenia powieki. Niedługo miało się okazać, czy ląd na który dotarli będzie ich wybawieniem, czy tylko przedłużeniem agonii.

W nocy, kiedy spali snem tak twardym, że nie obudziłoby ich nawet trzęsienie ziemi, tresowana małpka Fifi, którą wieziono z holenderskiego cyrku dla króla Nebtka jako zwierzątko pokojowe, pootwierała niektóre klatki ze zwierzętami. Była to sztuczka, której nauczono ją lata temu w rodzinnym mieście i której, kiedy tylko jej nie dopilnowano, nadużywała. Przysparzała tym wiele kłopotów właścicielom cyrku i nie raz zdarzyło się, że na otaczających holenderskie miasteczko łąkach znajdowano pasące się wielbłądy, goniono po ulicach przechadzające się żyrafy, a z rzek z narażeniem życia wyławiano zbiegłe krokodyle. Z czasem i samą Fifi zaczęto zamykać na noc, ale i wtedy, mimo zmyślności zamków, udawało jej się od czasu do czasu uciec. Wypuszczała wtedy, jakby w rewanżu za poniesioną niesprawiedliwość, najgroźniejsze albo najtrudniejsze do złapania zwierzęta.

Teraz zwierzęta uwolnione z leżącego na rafie statku, kierowane instynktem dostały się na wyspę. Nadal przestraszone i zdezorientowane, upojone jednak wolnością po wielu dniach niewoli, przeszedłszy koło niczego nieświadomych, leżących w wyczerpaniu ludzi, czmychnęły w dżunglę.

Kiedy pierwszy z piratów uniósł się w końcu na czworaka plując piaskiem i jęcząc z bólu, który palił tak, jakby w każdą część ciała otrzymał tysiąc batów, nie wiedział że zza ściany zieleni obserwują go dwie pary oczu należących do bengalskich tygrysów, z którymi bezwiednie tu przypłynęli. Miał tylko tyle sił, żeby przewrócić się na plecy i został w tej pozycji przez dłuższą chwilę, zbierając wszystkie swoje siły do wstania. W końcu podniósł się i zabrał się z mozołem do budzenia swoich towarzyszy.

Udało mu się docucić tylko dwóch i z ich pomocą zaciągnął resztę pod palmy, do cienia. Pod wieczór już wszyscy z nich byli przytomni. Z całej dwunastoosobowej załogi brakowało jednak dwóch ludzi, ale nikt nie był na siłach, żeby zająć się teraz ich szukaniem. Wspólnym wysiłkiem nazbierali trochę suchych gałęzi i rozpalili ognisko, po czym ułożyli się wokół niego na noc. Wcześniej na kolację zjedli papaje, które pospadały z okolicznych palm. Zaplanowali, że następnego dnia, kiedy odzyskają siły, sprawdzą co z przypraw i jedzenia, które musiało tam przecież być, uda im się odzyskać z podtopionego statku. Ustalili, że wybiorą się też na obchód wyspy.

Wstali o wschodzie słońca i od razu zabrali się do pracy. Sklecili naprędce przy pomocy kawałków drewna i lian kilka tratw i ruszyli w stronę statku. Wielkie było ich zaskoczenie, kiedy nie znaleźli na nim spodziewanego ładunku. Zamiast tego pod pokładem znajdowały się porozrzucane w nieładzie najróżniejszych rozmiarów klatki. Panował tam przy tym nieznośny smród rozkładającego się mięsa, bo nie wszystkim zwierzętom udało się przeżyć sztorm. Część z nich została też pominięta przy otwieraniu klatek przez Fifi. Znaleźli też pod pokładem w na wpół zalanym pomieszczeniu ciała ludzi należących do poprzedniej załogi, których wcześniej tam wrzucili. Po dwójce ich brakujących towarzyszy nie było śladu. Musieli niezauważenie zostać zmyci z pokładu w trakcie sztormu. Zaczęły się zatem kłótnie. Każdy obwiniał każdego. A to o to, że porwali zły statek, że nikt niczego nie sprawdził i że na darmo narażali swoje życie. Kiedy już się do woli wykrzyczeli i naklęli na czym świat stoi, jako że nie mieli nic lepszego do roboty, zajęli się za przetransportowywanie na ląd tego wszystkiego, co mogło im się na wyspie przydać. Znaleźli dużo worków z ziarnem, służących pewnie do karmienia zwierząt, mąkę, cukier, fasolę, suchary, trochę sera oraz suszonych i wędzonych ryb i butelki z alkoholem. Zabrali też, mogące im się przydać do przyrządzania posiłków na lądzie garnki.

W tym samym czasie czwórka ochotników z ich grona, uzbrojona w maczety i niewielki zapas wody i jedzenia poszła, na obchód wyspy. Nie wracali jednak długo po zapadnięciu zmroku, podczas kiedy reszta, po dawno zjedzonej kolacji, siedziała przy ogniskach i czekała. Z dżungli raz po raz rozbrzmiewały odgłosy dzikich zwierząt, przez które jeżył im się włos na głowie. Nikt nie kwapił się więc do wyruszenia o tej porze na wyprawę poszukiwawczą. Ustanowiono tylko wartę w obozie i ułożono się na noc przy ognisku. O świcie mieli wyruszyć śladem swoich towarzyszy.

Następnego dnia rano szykowali się do wyprawy. Postanowili obejść wyspę całą grupą, dla bezpieczeństwa. Miała być to wyprawa zarówno poznawcza, jak i poszukiwawcza. Było ich tylko ośmiu i nie chcieli ryzykować kolejnych, niewyjaśnionych zniknięć. Podobnie jak tamci skierowali się plażą na zachód, gdzie w oddali nad lasem widniał szczyt jakiejś góry. Planowali obejść ją u podnóża i spróbować, jeśli tylko będzie to możliwe, przejść wyspę wzdłuż. Każdy z nich był uzbrojony. Ci, dla których zabrakło maczet, wyciosali sobie ostro zakończone oszczepy. Marsz plażą był bardzo przyjemny. Stojące nisko słońce nie grzało jeszcze za mocno. Fale łagodnie rozbijały się o brzeg. Gdyby nie okoliczności, w jakich się tu znaleźli, mogłaby to być rajska plaża idealna do wypoczynku.

Po kilku kilometrach odbili w lewo i weszli w dżunglę. Ta, po nocnych krzykach zwierząt, rozbrzmiewała teraz radosnym śpiewem ptaków. Kiedy weszli wśród drzewa, także piratom udzielił się ten nastrój. Przerwali więc rozmowy, nasłuchiwali i ciekawie rozglądali się dookoła. Jednak sama przeprawa przez gęstwinę roślin nie była łatwa. Musieli w pocie czoła, z mozołem torować sobie drogę maczetami. Kiedy tak brnęli, ich trasa przecięła się w końcu z jakąś ścieżką. Weszli na nią, bo byli już zmęczeni przedzieraniem się przez chaszcze. Mogły wydeptać ją zwierzęta, bo była wąska, a gałęzie zwieszały się nad nią tylko metr nad ziemią. Dwóch z grupy, idących na końcu, przystanęło na chwilę, przyglądając się zwiniętemu na gałęzi i odpoczywającemu, pewnie po obfitym posiłku, który mógł wystarczyć mu na tygodnie, wyjątkowo okazałemu pytonowi. Nagle powietrze przeszył wysoki świst i w ich szyje wbiły się dwie strzałki. Nie zdążyli nawet do nich sięgnąć, żeby je wyjąć. Z ich gardeł nie wydobył się żaden dźwięk, którym mogliby zaalarmować innych. Zemdleni padli na ziemię i w tej samej chwili spośród liści wynurzyły się cztery silne i szybkie pary rąk które porwały ich i uniosły. Grupa zorientowała się po mniej, niż dwóch minutach, że brakuje ich towarzyszy. Ale było już za późno. Mimo, że kręcili się po okolicy przez godzinę, ślad po tamtych zaginął. Byli bezradni, wściekli i przestraszeni.

Zbici razem i nie oddalający się od siebie nawet na krok dotarli w końcu do podnóża góry. Byli wyczuleni na każdy najmniejszy szelest dochodzący z dżungli. Na wszelki wypadek zeszli też ze ścieżki, bo przypuszczali, że to być może ona ściągnęła na nich nieszczęście.

Kiedy stojąc pod górą decydowali się, w którą stronę skręcić, jeden z nich dostrzegł coś między gałęziami jednego z drzew. Gdy wskazał na to miejsce pozostałym, czerwony kształt poruszył się. Ktoś ich obserwował! Od razu rzucili się w tę stronę. W odpowiedzi na to podniósł się paniczny wrzask. Była to Fifi, nadal ubrana w swój cyrkowy, czerwony kubraczek ze złoconymi szyciami. Zaskoczeni nie wiedzieli przez chwilę co mają z tym fantem zrobić. Był to dziwny widok – małpa w stroju cyrkowym, w środku dżungli, na oddalonej od wszystkiego wyspie. Postanowili ją złapać i kiedy jeden z nich zaczął wspinać się na drzewo, żeby ją dostać, ta przeskakując między gałęziami czmychnęła na pobliską półkę skalną i, czując się tam bezpiecznie wygodnie się na niej usadowiła, obserwując z ciekawością co teraz zrobią ludzie. Ci stanęli poniżej z zadartymi głowami i bez skutku próbowali zwabić małpę, oferując jej kawałki owoców i sera ze swojego prowiantu. Kiedy tak stali zapatrzeni w górę, zwracając się czule do zwierzęcia, Fifi wydała kilka ostrzegawczych pisków i wskazała łapką na coś za ich plecami. Odwrócili się odruchowo i za najbliższym krzakiem dostrzegli gotowego do skoku tygrysa bengalskiego. Jego oczy były złote i wielkie jak talary. Cały będąc koncentracją, nie spuszczał wzroku z najbliższego sobie z całej grupy człowieka. Nie dał nikomu nawet sekundy na reakcję. Skoczył i wbiwszy kilkucentymetrowe pazury w skórę zanurzył białe kły w szyi i uniósł swoją zdobycz z lekkością, z jaką kot unosi mysz. W przypływie adrenaliny pozostali rzucili się za tygrysem, ale ten zdążył bez śladu zniknąć w gęstwinie.

Wyspa musiał być przeklęta i żądała coraz więcej ofiar. Nie mogli już pomóc swoim towarzyszom, postanowili więc zrobić wszystko, żeby sami pozostać przy życiu. Zmienili plan i zgodzili się, że zamiast próbować przemierzyć wyspę, wejdą na szczyt góry pod którą stali. Stamtąd będzie najłatwiej ocenić ich położenie i rozmiary wyspy. Zaczęli więc mozolną, wyczerpującą wspinaczkę. Miejscami strome, skaliste kamienne podłoże usuwało się im spod nóg, gdzie indziej grzęźli po łydki w glinie, przy czym każdy metr kwadratowy był porośnięty niezliczoną ilością drzew, krzaków i bylin. Jednak z uporem i systematycznie, nie zważając na strach, ból i zmęczenie, pchani koniecznością, pięli się go góry. W końcu dobrnęli do celu. Szczyt góry miał ścięty, skalisty wierzchołek, niemal zupełnie płaski. Roztaczał się stamtąd spektakularny widok. Wyspa na której się znajdowali miała długość co najwyżej kilkunastu kilometrów i szerokości kilku. Otaczał ją archipelag mniejszych, blisko siebie położonych wysepek. Wszystkie one były szczelnie pokryte zielenią dżungli. Poza nimi roztaczał się bezkresny ocean. Nigdzie nie było widać nawet najmniejszego śladu zabudowań, nie wspominając już o jakiejś wiosce. Jednak po dłuższej chwili dostrzegli czółna pływające wokół jednej z wysepek! Wyglądało to tak, jakby rybacy wypłynęli na połów. Może to była ich szansa! Słońce wisiało nisko nad horyzontem. Postanowili więc wrócić do swojego obozu i wybrać się na sąsiednią wyspę następnego dnia. Zaplanowali, że zabiorą ze sobą jako dary wszystkie najlepsze przedmioty, jakie udało im się ocalić ze statku. Nawet jeśli było to wrogo nastawione plemię, to nie uda im się ukrywać wiecznie na ich terytorium i będzie lepiej, jak sami do nich pójdą i wkupią się w ich łaski, próbując otrzymać oczekiwaną pomoc.

Wracali do obozu po swoich śladach. Ich zmysły były wyostrzone, a uwaga wzmożona. Stąpając omijali suche gałęzie i liście. Ich plecy były lekko przygarbione, broń mieli w pogotowiu, oczy szeroko otwarte. W każdej chwili gotowi byli, by w razie potrzeby odpowiedzieć na atak lub rzucić się do ucieczki. Zlali się z lasem i stali się jego częścią. Do obozu dotarli tak wyczerpani przeżyciami dnia, że zadowolili się paroma owocami na kolację i poszli spać, co godzinę zmieniając wartę.

Następnego dnia, obudzeni pierwszymi promieniami słońca zabrali się do wybieranie darów dla dzikiego plemienia. Nie było tego wiele. Miedziane garnki ocalone z kambuzy i z mesy, wypolerowane tak, żeby przez swój błysk wydawały się tym atrakcyjniejsze, duży worek cukru, dwa z solą, trochę fasoli, kilka butelek rumu… Zapakowali się na tratwy i wyposażeni w wystrugane z drewna wiosła ruszyli w drogę. Na długiej, grubej gałęzi na przodzie pierwszej tratwy przytwierdzili białą flagę zrobioną z kawałka żagla. Mieli nadzieję, że tubylcy rozpoznają ten znak.

Bawiące się na plaży dzieci pierwsze dostrzegły zbliżające się tratwy. Podniosły krzyk i zanim te przybiły do brzegu czekała już na nie cała wioska z wodzem na czele. Tubylcy nie wyglądali na wrogo nastawionych. W każdym razie nie czekali na przybyszy z wycelowaną w nich bronią. Nie byli też przy tym przesadnie przyjaźni, bo stali w bezruchu z poważnymi minami, ani im nie wzbraniając wejścia na ląd, ani ich do tego nie zachęcając. Skonfundowani piraci zeszli jednak ze swoich tratw i niezgrabnie i z przerysowaną przesadą, niosąc przywiezione dary nad głowami złożyli je u stóp wodza. Na jego znak kilku tubylców zaczęło dokładnie i powoli oglądać dary próbując soli, cukru i rumu, którego smak wykwitł im skrzywieniem na twarzach. Jednak dla pewności spróbowali go jeszcze raz. Kiedy przejrzeli się we wszystkich garnkach i opukali je, naradzili się między sobą krótko, po czym dali twierdzący znak wodzowi. Jednocześnie tłum tubylców rozstąpił się i zrobiwszy przybyszom przejście odprowadził ich do wioski. Posadzono ich na plecionych matach, pod rozłożystym drzewem znajdującym się na dużym placu pośrodku osady. Dookoła wznosiło się kilkanaście chat różnej wielkości i wysokości, o strzechach, do zrobienia których użyto palmowych liści. Między nimi leżały w nieładzie różne sprzęty i przedmioty codziennego użytku, porozrzucane, jakby zostawiono je w środku wykonywania około domowych czynności.

W naczyniach z łupin kokosa podano przybyszom jakiś słaby, mętnoróżowy, alkoholowy napój. Przy czym cała wioska nieugięcie milczała z powagą śledząc każdy ruch cudzoziemców. Kiedy ten czy inny pirat chciał się odezwać, żeby wytłumaczyć na migi skąd się tu wzięli i po co tutaj przyszli, natychmiast był przez tubylców uciszany. Siedzieli więc tak w niekomfortowym milczeniu przez kilkadziesiąt minut pod ostrzałem kilkudziesięciu par oczu, zachęcani od czasu do czasu gestami do popijania dziwnego napoju, co robili bez najmniejszej przyjemności. Bali się jednak odmową obrazić swoich gospodarzy.

Po dłuższym czasie zaczęto znosić i ustawiać przed gośćmi liczne półmiski z gorącymi, parującymi potrawami, których pochodzenia ci nie mogli się domyślić. Rozpoznali jedynie ryby i jakieś nadziane na patyki gryzonie. Inne rodzaje mięs mogły pochodzić od dzikich świń, może węży, małp… Nie byli pewni, bo smaki te nie przypominały im niczego, co znali. Były tam też zniewalająco słodkie owoce, najróżniejsze orzechy, gęste, aromatyczne sosy, ciemny ryż i kasze. I znowu tubylcy nie brali udziału w uczcie, tylko zachęciwszy gości przyglądali się, jak ci z ochotą i zapałem jedli pierwszy od kilku dni porządny, smaczny i obfity posiłek. Tamtym, na widok uczty przestała przeszkadzać krępująca cisza. Z ochotą napełnili swoje żołądki, wrzucając w siebie z zapałem trzykrotność tego, co jadali w normalnych warunkach, i popijając wszystko mniej lub bardziej smacznymi trunkami.

Kiedy skończyli, sprzątnięto puste półmiski i odprowadzono piratów na spoczynek do porozwieszanych między drzewami na skraju wioski hamaków. Żołądki mieli pełne, a głowy tak ciężkie jakby podano im jakiś narkotyk. Jednak nie byli w stanie walczyć z uczuciem senności, które nagle na nich spadło i ledwie się położyli, zasnęli kamiennym snem. Jeden  z nich obudził się po krótkim czasie za potrzebą. Rozejrzał się dookoła. Jego towarzysze chrapali w najlepsze. Odszedł kilkanaście kroków w krzaki i kiedy zapinał rozporek kolejną, nieprzemożoną falą spadła na niego senność. Położył się więc pod najbliższym drzewem i zasnął, a kiedy obudził się znowu, na dworze panował już mrok. Wrócił do hamaków, ale znalazł je puste. Na środku wioski płonęło przy tym wielkie ognisko, dookoła którego w rytmicznym transie poruszały się sylwetki tubylców rzucające dookoła podłużne cienie. Dźwięki bębnów grzmiały na całą okolicę, przyprawiając o drżenie każdy najmniejszy listek i mieszając się z okrzykami tańczących. Było w tym tańcu tyle zawziętości i surowości, że piratowi zjeżył się włos na głowie. Trwając jeszcze w narkotycznym delirium, wyobraził sobie, że jego towarzyszy zdążono już obedrzeć ze skóry, poćwiartować i wrzucić do wielkiego kotła zawieszonego wysoko nad ogniskiem. Tylko jemu jednemu udało się przypadkiem ujść z życiem.

Postanowił nie zwlekać ani chwili dłużej. Nie chciał podzielić losu swoich towarzyszy, więc kryjąc się między drzewami, dostał się do plaży, na którą nie tak dawno przybyli. Zepchnął jedno z czółen na wodę i odpłynął, z przerażeniem oglądając się za siebie. Narkotyk, widocznie działający falami, uderzył znowu i mimo, że postanowił mu się tym razem nie poddać i wiosłował zawzięcie, to w końcu w pół ruchu bezwolnie zasnął, a wiosła wysunęły mu się z rąk i odpłynęły.

Dryfował tak aż do następnego dnia. Kiedy się ocknął, momentalnie przypomniał sobie co się stało. Rozejrzał się dookoła. Był sam jak palec. Wokół niego falował leniwie bezkresny ocean. Nie miał przy sobie ani jedzenia ani wody. Zauważył też po chwili brak wioseł. Wpadł w chwilową panikę, ale po chwili zdał sobie sprawę, że nawet gdyby je miał, niewiele by mu to w obecnej sytuacji pomogło. Znajdował się w beznadziejnym położeniu i dodatkowo dokuczał mu przeszywający ból głowy. Położył się na dnie czółna i czekał na śmierć, albo na cud. Z upływem dni, z braku jedzenia i wody, przed oczami, jak żywe, doprowadzając go do szaleństwa, zaczęły wyświetlać mu się obrazy z ostatniego tygodnia. Wydawało mu się, że przekrzykuje fale w trakcie sztormu. Podnosił nieznacznie ręce, chcąc pochwycić umykającą mu ciągle Fifi. Mierzył się z maczetą na szarżującego tygrysa. W końcu zupełnie popadł w obłęd i leżał na dnie czółna mamrocząc coś do siebie bezgłośnie.

Miał szczęście, bo po kilku dniach, ciągle żywego, ale będącego już na skraju wyczerpania, zabrał go na pokład statek handlowy płynący z Mombasy do Liverpoolu. Jednak i to ostatnie wydało mu się marą. Załoga nie była w stanie niczego się od niego dowiedzieć. Na lądzie został kompleksowo zbadany i bez rokowań na poprawę jego stanu psychicznego zamknięty w domu dla obłąkanych.

W kilka miesięcy później przyszli odwiedzić go jego towarzysze, których zostawił na wyspie ludożerców. Nie zdziwił się jednak ich pojawieniem się, bo codziennie rozmawiał z nimi w swoich majakach. Nie zrozumiał, kiedy tłumaczyli mu, że to, co w jego głowie zostało wyolbrzymione i przerysowane przez narkotyk, było przyjęciem powitalnym na ich cześć, a milczenie członków plemienia poprzedzające wieczorne tańce i celebracje, stanowiło specyficzną formę okazania nowo przybyłym szacunku. W dzień po uczcie, na migi i rysując na mokrym piasku, dogadali się z wodzem i dowiedzieli się, że raz na dwa tygodnie przepływa w okolicach archipelagu wysp jakiś duży statek. Przygotowali potężne ognisko i tym sposobem zwrócili na siebie jego uwagę. Statek zacumował w pobliżu i wysłano po nich szalupy. Mieli już gotową, zmyśloną historię na temat tego kim są i skąd się tam wzięli.

Na początku nie zmartwili się, kiedy nie znaleźli go w hamaku. Wyspa była mała i nie było tam żadnych mogących zagrozić mu zwierząt. Byli słusznie przekonani o tym, że śpi gdzieś w krzakach i że wcześniej czy później się znajdzie. Zaniepokoili się dopiero następnego dnia, kiedy dowiedzieli się, że zniknęło też jedno z czółen i że na sąsiedniej wyspie, przy której się rozbili, rzeczywiście mieszkają kanibale. Dla pewności, przy obstawie ludzi z plemienia, przeczesali tę i inne, najbliższe wyspy. Nie znalazłszy ani śladu i nie mogąc dociec, co się stało, dali za wygraną. Dopiero artykuły w gazetach dotyczące szaleńca znalezionego w czółnie na środku oceanu doprowadziły ich na jego trop. Nikt nigdy nie dowiedział się o ich przestępstwie, ani tym bardziej o fatalnej pomyłce, jaką popełnili porywając nie ten statek.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.