Szkice słowem

 

Szkice słowem to seria opisów nie mających ani wyraźnego początku ani końca, są zwięzłymi w formie spostrzeżeniami dotyczącymi wyjętej z ciągu wydarzeń chwili albo luźną garścią myśli na jakiś temat.

 

Papugi

Jej lewy policzek i szyję pokrywały luźno rozrzucone piegi. Mimo, że była w naszym wieku, mówiła do nas jak do dzieci, tonem nauczycielki, trochę rozkazującym, ale jednak pełnym czułości. W uszach miała znowu inne kolczyki. Tym razem były to dwie malowane kolorowo papugi ary, które kołysały się hipnotyzująco przy każdym ruchu jej głowy. Głos jej brzmiał mocno i dźwięcznie. Jak zawsze była pełna życia i energii. Nie potrafiłam wyobrazić jej sobie zmęczonej. Mówiąc, co jakiś czas, jak najnaturalniej, wtrącała swoje rodzime francuskie wstawki: “Mais oui.”, “D’accord!”. Kiedy mijała cię w pracy, nie do końca pewna co robisz, mimo że byliście dokładnie na tym samym stanowisku, zadawała ci pytania, a ty tłumaczyłeś się jakby była twoją przełożoną. A kiedy w końcu usatysfakcjonowałeś ją swoją odpowiedzią, jej pytająco zmarszczone czoło wygładzało się, a na jej twarzy wykwitał akceptujący uśmiech. Tego dnia szłam do domu, ciągle mając przed oczami hipnotyzujący ruch kolczyków w papugi kołyszących się do rytmu jej słów.

 

Pająk

Znalazłam pod prysznicem pająka kosarza. Deszcz kropel musiał zmyć go ze szklanej tafli, kiedy się na nią wspinał. Leżał na skraju brodzika, mokry i nieszczęśliwy, bez możliwości ruchu. Jego tułów był niewiele większy niż główka od szpilki, a nogi, nad którymi nie miał władzy, przypominały cienkie, poplątane włosy. Można go było łatwo nie zauważyć. Pochyliłam się nad nim. Nie mogłam mu pomóc tak, żeby go w żaden dodatkowy sposób nie uszkodzić. Odeszłam więc, mając nadzieję, że kiedy woda wokół niego wyschnie, zostanie uwolniony. I rzeczywiście, kiedy rano sprawdziłam, nie było go. Cierpliwie, bez skargi, odczekał co mu przypadło od losu w udziale i wrócił do swoich pajęczych spraw.

 

Prasowanie

Wydarzyło się to tak dawno, że wydaje mi się, że scenę tę widziałam w jakimś filmie. Mama wygładzała dłonią świeżo wypraną pościel i przejeżdżała rozgrzanym, parującym żelazkiem przez kwiatowy wzór. Reszta rodziny oglądała telewizję, a równo poukładane rzeczy rosły coraz wyżej i wyżej. Czułam się w tych czasach tak bezpiecznie, jakby pokój z prasującą mamą, kanapkami na stole, dzbankiem herbaty i nami, takimi jacy byliśmy w tej godzinie, miał trwać wiecznie. Gdzieś na kanapie siedział pies. Moim jedynym obowiązkiem było odrobienie lekcji. Na zewnątrz dział się świat, a jeszcze dalej pustką zionął kosmos. Ale nic poza naszym pokojem dla mnie nie istniało. A gdybym nawet zdawała sobie sprawę z istnienia tego wszystkiego, na pewno by mnie to nie obchodziło. W tych czterech ścianach, w tamtej chwili, mieścił się mój cały, namacalny wszechświat.

 

Noc

Zimą, wracając z pracy ścieżką prowadzącą wzdłuż rzeki, rozświetlałam mrok słupem światła z latarki. Czasami spod nóg kierowałam go na wodę, krzaki i drzewa, a wtedy one, ujawniając oczywistości swoich detali, traciły swoją intrygującą tajemniczość. Lubiłam wodzić światłem za ćmami, śledzić przez chwilę tor ich lotu i patrzyć na rozedrgany ruch ich białych od blasku skrzydeł. Co jakiś czas zatrzymywałam się, wyłączałam latarkę i patrzyłam na czarne cienie drzew odbite w granatowej wodzie albo słuchałam szumu płynącej wody, przelewania się, bulgotania, chlapania, cichego szemrania… Do domu przychodziłam zmęczona, a we włosach miałam chłód i zapach rzeki. Budziłam się potem w środku nocy w ciszę i przypominałam sobie wyraźne do pomylenia z rzeczywistością sny, w których tak jak grzybiarz po całym dniu chodzenia po lesie pod powiekami widzi grzyby, tak ja widziałam płynącą nocą rzekę.

 

Wystawa

Zmieniła się wystawa, a wraz z nią rodzaj odwiedzających. Przychodziły panie w płaszczach, na eleganckich szpilkach, panowie – ekscentrycy, w garniturach, z kieszeni kamizelek wyjmowali zegarki na łańcuszkach. Każdy z nich był koneserem sztuki. Dumnie przechadzali się między obrazami. Panowała tam uroczysta cisza, jak w kościele. Uwagi na temat obrazów wymieniało się półszeptem. A z płócien, które musiały przebyć Atlantyk, żeby móc zawisnąć na tych ścianach, emanował ład i porządek. Wychodząc stamtąd delikatnie przymykałam drzwi, żeby nie dopuścić do ich zamknięcia się z trzaskiem, bojąc się, że mogłoby to zburzyć panujący w środku porządek.

 

Znajoma

Zobaczyłam ją w sklepie. Zanim mnie spostrzegła miałam chwilę, żeby przyjrzeć się jej twarzy. Nie znałam jej takiej. Nie wiedząc o mojej obecności, nie była przybrana w uśmiechy i życzliwość. Jej oczy były zgaszone, uwaga tylko w połowie wytężona, twarz pociągła. Podchodziła do półek i oglądała rzeczy. Czasami tylko patrzyła i szła dalej albo brała je do ręki i ważyła w myślach ich przydatność. Kiedy nie epatowała znaną mi aurą, która sączyła się zazwyczaj przez każdy por jej skóry i jak niewidoczna, magiczna tarcza otaczała i zmieniała całą jej postać, wydawała mi się być kimś innym, tylko trochę do niej podobnym. Stało się dla mnie jasnym, że znałam nie ją, a tylko jedną z jej wielu masek, które zakładała w ciągu dnia, odpowiednio dobraną do stykających się z nią ludzi i do kolejnych sytuacji. Kiedy do niej podeszłam rozpromieniła się w uśmiechu. Energia w jej ciele zmieniła przepływ i ukazała mi się dobrze znana twarz. Przywitałam się z nią nie wspominając o niczym.

 

Zdjęcie: Adrian Krajewski

2 myśli nt. „Szkice słowem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.