Wtorek we Florencji

Wstajemy nieprzytomni i zaspani i jedziemy na wschód słońca na Piazzale Michelangelo. Patrzymy jak Florencja budzi się do życia. Mimo, że później temperatura wzrośnie do około trzydziestu stopni, teraz jest zimno. Promienie słońca, które jeszcze nie grzeją, wydobywają budynki z cienia, a te, dumnie wystawiają do nich swoje kopuły, wieże i dachy. Schodzimy do centrum miasta, przechodzimy przez Ponte Vecchio i błądzimy pustymi jeszcze ulicami. Miasto bez ludzi wygląda jak nie to samo. Powietrze pachnie jaśminem, który rośnie tutaj wszędzie. Kawiarnie i sklepiki dopiero się otwierają.

Obok katedry Santa Maria Del Fiore dziewczyna aparatem na statywie robi sobie zdjęcia. Przechadza się tam i z powrotem, wyciąga przed siebie dłoń, sprawdza jak wyszło. Jest ubrana w szerokie spodnie ze zwiewnego materiału. Z rozpuszczonymi włosami sięgającymi jej do ud wygląda spektakularnie. Na pewno ma konto na instagramie, które śledzą tysiące fanów. Wchodzimy do otwartej już Caffe Pasticceria La Loggia Degli Albizi. Jem tam na śniadanie najpyszniejszą na świecie, jeszcze ciepłą drożdżówkę z budyniem i owocami leśnymi, którą popijam mocną kawą. Bardziej z ciekawości patrzę na pozostałe ciastka, które mają w ofercie. Może coś jeszcze? Tak! – Słyszę swój głos zanim zdążę dobrze pomyśleć. I na talerzu przede mną, na dokładkę ląduje bomboloni – pączek obsypany cukrem.

Po śniadaniu kierujemy się w stronę galerii Uffizi. Mijająca nas siostra zakonna niesie bukiet mocno związanych słoneczników. Ich płatki złocą się na tle jej jasnoniebieskiego, idealnie doprasowanego habitu. Na ulicy znajdujemy pęk kluczy, który musiał zgubić spieszący się do pracy Włoch. Oddajemy je dwóm napotkanym carabinieri. Potem oglądamy malowidła Botticellego, nie możemy oderwać wzroku od dzieł Bronzino. Święci wpatrują się z obrazów w nas, zwiedzających tak, jakby znali wszystkie nasze grzechy, albo jakby widząc w nas skłonność do ich popełnienia, przestrzegali nas przed upadkiem. Palce mają wzniesione ku górze, nad głowami mienią im się aureole.

Różni malarze próbowali wyobrazić sobie te same sceny biblijne. I tak, Maryja na każdym obrazie przedstawiającym Zwiastowanie, z różnym entuzjazmem przyjmuje wiadomość przyniesioną jej przez Archanioła Gabriela. Tu jest uradowana, tam zmartwiona, gdzie indziej zawstydzona, czasami nawet obojętna, jakby takie wiadomości słyszało się co dzień.

Wszędzie, wymalowane na płótnach, widnieją udrapowane, delikatne muśliny, składają się w nieskończone fałdy materiały sukien, pysznią się złocenia. Nawet sufity są pięknie malowane. W każdym pokoju powinna znajdować się kozetka, żeby można było się im swobodnie, bez bólu karku, przyglądać. Judyta odcina głowę Holofernesowi, głowa Meduzy wije się włosami z węży, a potem przez pokoje ciągną się portrety, między innymi Medyceuszy, tak charakterne, że można się w nie wpatrywać bez końca. Wyjście. Zaraz. Czy na pewno zobaczyliśmy wszystko? Idziemy od wyjścia do wejścia i jeszcze raz do wyjścia. Tak. Chyba wszystko.  

Jedziemy zwiedzić małą, rodzinną winiarnię Fattoria di Bagnolo. Oprowadza nas po niej syn właściciela. I mimo, że to miejsce wydaje nam się rajem na ziemi i z chęcią byśmy tu zamieszkali, on ma inne plany i nie chce przejąć interesu ojca. Niedługo wyjeżdża za granicę, gdzie indziej szukać swojego szczęścia. Degustujemy słodkie, białe wino i oliwę z oliwek. Upijam się kilkoma łykami czerwonego wina. Chyba nie można mieć słabszej głowy!

Na kolację robimy gnocchi ze szpinakiem, z cukinią i pieczarkami. Smakuje nam tak bardzo, że jemy podwójne porcje. Patrzymy przy tym na zasypiający w dolinie gaj oliwkowy i słuchamy śpiewu z wolna milknących ptaków. Za wzgórzem zachodzi słońce. Tak łatwo mogłabym się przyzwyczaić do panującego tutaj spokoju. Po długim dniu popadamy w bezruch i bez słów kontemplujemy krajobraz, który swoim artyzmem w niczym nie ustępuje obrazom, które dzisiaj widzieliśmy.

Myjąc wieczorem zęby obserwuję mieszkającego w naszej łazience gekona. Siedzi przy ramie okna. Sprawdzam jak blisko mogę podejść zanim przestraszy się i ucieknie bezszelestnie w najciemniejszy kąt na suficie, za jedną z drewnianych belek. Gasimy światła, a w uszach dzwoni nam cisza, w której utonęła cała okolica.

 

Zdjęcie: Adrian Krajewski

 

5 myśli nt. „Wtorek we Florencji

    • Dziękuję za komentarz 🙂 Zgadzam się. I najlepsze jest to, że pomimo tego, że takie miejsca jak Wenecja czy Florencja są zalewane później przez tłumy turystów ta poranna przestrzeń i cisza zostają już w nas do końca dnia. To taki rodzaj porannego turbodoładowania 😉

      Polubione przez 1 osoba

  1. taki romantyczny jest Twój opis że czyta się z delikatnym uśmiechem na ustach… Byłam w zeszłym roku we Florencji!!! było pięknie …uśmiech na moich ustach wywołałą tez uwaga i instagramie;_) tysiące to już teraz dni …trzeba mieć dziesiątki tysięcy żeby coś znaczyć (lub miliony …chyba;-);-) pozdrawiam serdecznie i może wpadniesz też na moje podróże?;-)Paulina

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.