Nawiedzony dom

R

ozległa chmura, ciągnąc za sobą mrok nocy, zbliżała się wolno w stronę wzgórza, na którym siedział Tom. Grzebał patykiem w ziemi i coraz bardziej się niecierpliwił. Od wyznaczonego czasu spotkania z Mike’em minęła już godzina. Przez ostatnie dziesięć minut powtarzał sobie, że jeszcze minuta i pójdzie go poszukać. Nie mógł się jednak ostatecznie zdecydować, bo wcale mu się to nie uśmiechało. Teraz żałował, że nazwał Mike’a tchórzem, bo ten, chcąc udowodnić swoją odwagę, poszedł sam do nawiedzonego domu, z którego miał przynieść jakiś dowód na to, że tam był. Tom odprowadził Mike’a aż do granic zalesionych terenów otaczających posiadłość i tam miał na niego czekać. Ustalili, że spotkają się po godzinie, a już minęły dwie i było mu aż niedobrze z nerwów, bo nie ustalili żadnego planu na wypadek, gdyby Mike nie wrócił. W głowie przewijały mu się najgorsze scenariusze. Oczami wyobraźni widział siebie idącego do tego domu, znajdującego martwego przyjaciela i w tej samej chwili wyskakującą na niego z otchłani domu poczwarę, która także jego jednym machnięciem szponów kładzie trupem. Podniósł się w końcu z kucek z zaciśniętymi pięściami i łzami w oczach, zdeterminowany, żeby mimo strachu iść na pomoc przyjacielowi.

Nagle ze ściany niknącego w mroku zagajnika wypadł z krzykiem Mike. Biegł w stronę Toma wrzeszcząc i wymachując rękoma, jakby coś go goniło. Ten rzucił mu się na przeciw i padli sobie w ramiona, z wysiłku nie mogąc złapać tchu. Próby złapania oddechu przez Mika przeszły stopniowo najpierw w tłumiony chichot, a potem w konwulsyjny śmiech. Tom patrzył na niego jak na głupka. W końcu, kiedy Mike przyszedł trochę do siebie, ciągle rozbawiony, powiedział:

– Wcale nie poszedłem do tego przeklętego domu… Myślałeś, że byłbym aż tak głupi?…Chciałem tylko napędzić ci stracha tym, że tak długo nie wracam… Cały ten czas spędziłem o tam, za tamtym dużym bukiem. Najpierw uciąłem sobie krótką drzemkę, a potem patrzyłem na ciebie zza krzaków prawie sikając w majtki ze śmiechu… Tak bardzo się denerwowałeś, że będziesz musiał mnie szukać…Wstawałeś i siadałeś i znowu wstawałeś…Chyba nigdy byś się nie zdecydował iść po mnie…

Tom z miejsca zaczął okładać go pięściami, a kiedy już się zmęczył i dał upust swojej złości, zaczął ściskać Mike’a i jeszcze odrobinę obrażony i naburmuszony, ale też bardziej zły na siebie, że nie przeszedł próby, na którą niespodziewanie wystawił go przyjaciel, powiedział:

– Cieszę się, że nic ci nie jest.

I dwóch chłopców, będąc już w jak najlepszej zgodzie ruszyło w stronę miasteczka. Byli spóźnieni na kolację i kiszki porządnie grały im marsza. Przez większość drogi szli w milczeniu. Teraz już na dobre nie mogli wypędzić z myśli nawiedzonego domu. Zanim się rozeszli ustalili więc, że spotkają się następnego dnia o ósmej rano i w końcu pójdą do opuszczonego domu razem. Za dnia większość zjaw i duchów powinna odpoczywać po nocy spędzonej na straszeniu i snuciu się. Więc jeżeli tylko będą wystarczająco cicho, nic nie powinno im się stać. Gorzej, jeśli znajdują się tam jakieś żywe istoty, ale to się zobaczy na miejscu… Nie przyznali się przed sobą nawzajem jak bardzo, mimo towarzystwa, się boją.

Cały ten strach napędzany był opowieściami ich kolegów o straszących w opuszczonym domu duchach, o ludziach, którzy weszli do środka i już nigdy stamtąd nie wyszli, o palących się w oknach światłach, mimo że nikt tam od dawna nie mieszkał… Nawet dorośli rozpowszechniali tego typu legendy, początkowo po to, żeby zbytnia ciekawość nie popchnęła tam snujących się w letnie popołudnia po okolicy dzieci. Dom nie był zabezpieczony i nie trudno byłoby o jakiś wypadek, o to żeby komuś spadł na głowę sufit albo przygniotła go spróchniała belka. W końcu jednak i oni sami zaczęli wierzyć w powtarzane przez siebie tak często historie i na wszelki wypadek nie zapuszczali się w okolice nawiedzonego domu.

Następnego dnia rano chłopcy, nie mówiąc nikomu o swoich planach, wyruszyli w drogę. Byli w pełni wyekwipowani na tego typu wyprawę. Ubrali spodnie i bluzy o długich rękawach, żeby się o nic nie podrapać. Zabrali latarki i dodatkowe baterie, zapałki, scyzoryki i dwudniowy zapas potajemnie zrobionych kanapek i wody, gdyby przez jakieś tajemne siły zostali uwięzieni w nawiedzonym domu na dłużej. Tom również, nie mówiąc o niczym Mike’owi, w ramach dodatkowego zabezpieczenia włożył liścik dla rodziców pod swoją poduszkę. Wiedział, że póki co nikt go nie znajdzie, ale gdyby zginęli, ktoś wcześniej czy później, przeszukując pokój w celu znalezienia jakichś wskazówek, na pewno tam zajrzy i pośpieszy im z pomocą.

Po kilkunastu minutach marszu, w trakcie którego zbierali całą odwagę jaką tylko mieli, stanęli przed ogrodem prowadzącym do nawiedzonego domu. Ogród, kiedyś piękny, teraz był zarośnięty krzakami i wysoką trawą i tylko gdzieniegdzie zachowały się krzewy zdziczałej, pachnącej róży albo okazałe rododendrony, które na równi walczyły o światło i przestrzeń z leśnymi i polnymi roślinami. Chłopcy jeden za drugim, co chwilę przystając i nasłuchując, zaczęli przedzierać się przez chaszcze w stronę domu. Idąc, płoszyli polne myszy mające tam swoje nory. Te, umykając przed intruzami, szeleściły w trawie, a chłopcom ze strachu jeżył się się włos na głowie, bo w tych dźwiękach i grze cieni rzucanych przez gałęzie, oczami wyobraźni widzieli zbliżające się ku nim zmory. Na każdy taki odgłos zatrzymywali się na chwilę i krew niemal ważyła się im w żyłach, ale kiedy dźwięki nie powtarzały się, ruszali dalej. W końcu, po tej nerwowej przeprawie, doszli do głównego wejścia.

Zewnętrzne ściany domu oplatał bluszcz, który wgryzł się w cegły i powoli kruszył ściany. Z drzwi frontowych płatami schodziły resztki niebieskiej farby. Spojrzeli na siebie i twierdząco kiwnęli głowami, dając sobie nawzajem znak, że są gotowi. Mike nacisnął na klamkę i drzwi poddały się lekko. Ze słońca i przestrzeni weszli w pachnący wilgocią mrok. Zapalili latarki. Na pierwszy rzut oka dom wydawał się być w o wiele lepszym stanie, niż wynikało to z opisów okolicznych mieszkańców. Przed nimi zarysował się długi korytarz, który znikał w oddali czarną plamą. Do ściany po lewej stronie przylegały schody. Pięły się w górę, zakręcały i ginęły w ciemnościach. Resztę ścian po obu stronach zajmowały otwory pootwieranych drzwi. Weszli do najbliższego pokoju i od razu skierowali się ku oknom, żeby odsłonić ciężkie kotary blokujące dopływ światła. Kurz, który zbierał się na nich nie wiadomo od jak dawna, poruszony zaczął tańczyć w promieniach słońca, mieniąc się jak czarodziejski pył, który nigdy nie opada na ziemię. Przyglądali mu się przez chwilę jak zahipnotyzowani, po czym rozejrzeli się po pokoju. W wypełnionej światłem przestrzeni wznosiły się białe góry poprzykrywanych prześcieradłami sprzętów. Mike, nie zastanawiając się, ostrym szarpnięciem, zerwał jedno z nich i tym razem w pokoju zrobiło się szaro od kurzu. Chłopcy rozkaszleli się i mrużąc oczy pozakrywali rękawami usta i nosy. Kiedy kurz trochę opadł, ich oczom ukazał się stary fortepian. Który po podniesieniu klapy i naciśnięciu klawisza zabrzmiał fałszywie. Zapomnieli o tym, że mieli nie hałasować. Na dźwięk instrumentu coś poruszyło się w głębi domu. Wstrzymali oddechy i przybliżyli się do siebie, czekając co będzie dalej, ale nie stało się nic i dom znowu zapadł w głuchą ciszę.

Chcąc sprawdzić co to było, postanowili  przejrzeć wszystkie pokoje. Ledwie jednak zdążyli wyjść na korytarz, znowu coś usłyszeli. Tym razem byli w stanie określić, że odgłosy dochodziły z piętra. Ruszyli więc skrzypiącymi schodami do góry. Między szczeblami barierki siedziały na pajęczynach ogromne pająki, a ich cienie podświetlane światłem latarek rysowały się upiornie na ścianach. Na półpiętrze, z wiszącego na ścianie portretu, jakby wodząc za nimi oczami, przyglądał się im jakiś groźny, wąsaty wojskowy ubrany w granatowy garnitur o złotych guzikach. Minęli go szybko, bojąc się, żeby przypadkiem do nich nie przemówił. Powtarzający się co jakiś czas dźwięk wabił ich coraz wyżej i wyżej, aż mijając piętra i pokoje pełne tajemniczych kształtów i przedmiotów, doszli do prowadzącej na strych drabinki, która była dobrze oświetlona padającym z góry światłem dziennym. Coś tam na górze snuło się wte i wewte jak pokutująca dusza, nie mogąca znaleźć ukojenia. Mimo, że od początku wycieczki byli niemal w ciągłym strachu, zrobiwszy pierwszy krok, jakby wbrew sobie, nie mogli już zawrócić ani zrezygnować ze swojej wyprawy. Ciekawość i chęć odkrycia tajemnicy tego dworu pchała ich do przodu i była teraz silniejsza niż wszystko inne.

Dogadując się na migi umówili się, że zagrają w papier, nożyce, kamień, a przegrany jako pierwszy wejdzie po drabinie. Padło na Toma. Nawet nie mrugnął, bo wiedział, że tak będzie. Westchnąwszy tylko, od razu zaczął drapać się po szczeblach do góry. Ostrożnie włożył głowę w otwór i zaczął rozglądać się tuż nad podłogą strychu. Było tutaj jeszcze więcej rzeczy i rupieci, niż w innych pomieszczeniach domu. Zostawiono jedynie wąskie przejścia. I właśnie na końcu jednego z takich przejść, pod ścianą, dostrzegł postać, w której, zdziwiony, od razu rozpoznał Annę z sąsiedztwa. Musiał bardzo się wysilić, żeby nie pokazać jak bardzo jest zaskoczony jej tutaj obecnością. Chodzili do tej samej szkoły i była od nich o rok młodsza.

– Cześć Anno! – Zawołał Tom i, włożywszy głowę z powrotem pod poziom podłogi, powiedział szeptem do Mika – Chodź tu zaraz! Nie uwierzysz!

– Cześć Tom, cześć Mike – Odpowiedziała Anna. – Widziałam was jak szliście przez ogród. – Mówiąc to wskazała na taboret podstawiony pod otwarty lufcik znajdujący się w dachu. – Zastanawiałam się, czy dotrzecie aż tutaj…. Wychodzi na to, że odkryliście moją kryjówkę… – Dodała. – Ale byłam tu pierwsza i nie zamierzam wam jej odstąpić! – Zdecydowanie zakończyła swój krótki monolog i wróciła do zabawy szklanymi kulkami, które to właśnie, tocząc się po drewnianych deskach były źródłem odgłosów, które zwabiły tu chłopców. Anna z kolei miała nadzieję, że te same dźwięki ich raczej odstraszą i była zawiedziona, że tak się nie stało.

– Spokojnie. – Dodał Mike. – Skoro byłaś tutaj pierwsza, nikt nie zamierza cię stąd wyganiać.

Anna spojrzała na nich życzliwiej.

– A tak w ogóle, co tutaj robicie? – Zapytała.

– Sprawdzamy czy wandale przypadkiem niczego nie zniszczyli albo nie rozkradli. – Na poczekaniu wymyślił odpowiedź Tom. Nie zamierzał nawet wspomnieć o tym, jak dużo strachu się najedli przychodząc tutaj.

Chłopcy nie mieli do tej pory zbyt wysokiego mniemania o dziewczynkach. Ale mimo, że nie powiedzieli tego Annie, w chwili kiedy znaleźli ją tutaj samą i bawiącą się w najlepsze szklanymi kulkami, podczas kiedy oni na dole trzęśli portkami ze strachu, zyskała ich stuprocentowy szacunek.

– Jak chcecie mogę was oprowadzić po domu. – Zaproponowała.

Przystali na to z chęcią. Zaczęła od pokazania im strychu, który był zagracony najprzeróżniejszymi możliwymi przedmiotami, od starych mebli, przez fotele bujane, po skrzynię z zabawkami. Zabrała ich piętro niżej, gdzie w jednym z pokoi, w otwartej szufladzie biurka zamieszkała rodzina wiewiórek. Dostawały się tutaj wspinając się po bluszczu, a potem przez rozbitą w oknie szybę. Kiedy þóźniej przechodzili koło portretu starego wojskowego, ten tym razem wydawał się patrzyć na nich niemal przyjaźnie, a pająki między szczeblami barierki nie były nawet w połowie tak duże, jak kilka chwil temu. Anna pokazała im też kuchnię, w spiżarni której stały stare słoiki z dżemami, puszki o wyblakłych etykietach i poprzegryzane przez myszy worki z mąką.

Zbliżająca się pora obiadowa przeszkodziła im w dalszej eksploracji domu. Nie byli wcale głodni, przy tym mieli ze sobą spory zapas kanapek, ale nie chcieli wzbudzić w rodzicach najmniejszych podejrzeń, bo gdyby wyszło na jaw gdzie byli, ci na pewno zabroniliby im tu wrócić. Jednak umówili się tutaj na popołudnie, a potem na następny dzień, i na następny, i od tej pory stanowili nierozłączną paczkę, dla której nawiedzony dom i okoliczny las były najlepszymi, prywatnymi i nigdy w pełni nieodkrytymi terenami do zabaw.

 

Zdjęcie: Adrian Krajewski

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.