Pocztówka z Kornwalii

P

o sześciu godzinach podróży rozpakowujemy się, jemy coś na szybko i jedziemy na zachód słońca do Cadgwith, niewielkiej wioski rybackiej. Większość tutejszych zabudowań to białe domki kryte strzechą. Jest pusto. Turyści nie odkryli chyba jeszcze tego miejsca, albo nie rozpoczął się sezon, a mieszkańcy pochowali się w domach gotowi na spoczynek. Wszędzie leżą poukładane sieci i klatki do połowu krabów. Schodzimy do morza i witamy się z przypływem pozwalając dosięgnąć słonej fali czubków naszych butów. Objęta ciepłem słońca woda bawi się na położonych płytko skałach. Fale rozbijają się o twardy brzeg, wyrzucają w górę garści kropel podobnych diamentom i bulgocząc odpływają, żeby po chwili uderzyć ponownie. Morze hipnotyzuje nas swoim ciągłym, niestrudzonym ruchem, grą barw, tekstur i odblasków. Zatrzymuje nas przy sobie długo po zmierzchu. Powoli znikają obrazy i tylko bulgotanie i szum wody nie dają nam zapomnieć o bliskości tego wielkiego, leżącego u naszych stóp organizmu.

Następnego dnia idąc klifami od Little Threthvas do Soap Rock patrzymy z góry na magiczne małe plaże o białym piasku schowane wśród skał. Do większości z nich dostęp z lądu jest utrudniony, o ile w ogóle możliwy. Tam, gdzie nie ma piaszczystych plaż, ludzie opalają się na kocach rozłożonych na wielkich, czarnych głazach podobnych do jednoosobowych przybrzeżnych wysp. Musieli zająć swoje miejsca wcześnie rano, bo liczba głazów jest ograniczona. Ich rozmowy i krzyki dzieci nagłaśnia i potęguje wielkie, skalne pudło rezonansowe, którego ściany schodzą kanciasto ku wodzie. Echo głosów goni nas jeszcze przez jakiś czas po tym jak ludzie znikają nam z oczu.

Kiedy spojrzeć w ląd mewy z pobliskiego, rozległego, świeżo zaoranego pola to widać jak unoszą się ogromnym stadem w niebo. Opadają z krzykiem ku ziemi, żeby po chwili wznieść się na nowo i zatoczyć w powietrzu szerokie koło, szacując w którym miejscu czeka je najlepszy żer. Ich cienie gonią się po trawie ścieżki, którą idziemy. Dookoła rosną najprzeróżniejsze gatunki dzikich kwiatów, których nigdzie indziej nie widziałam: całe połacie niebieskich i białych dzwoneczków, małe fioletowe kulki podobne do ostów, purpurowe jakbystokrotki… W upale brzęczą zajęte pracą owady, a my jesteśmy zanurzeni w lekkiej bryzie i zapachu otaczającej nas zewsząd zieleni. Woda w oddali mieni się w słońcu tak, że trzeba mrużyć oczy przed oślepiającymi odblaskami. Mija nas większa wycieczka tak bardzo zajęta rozmową, że chyba nie zauważająca widoków dookoła, a tam skalny cypel, wychodzi wijąc się w morze, po niebie przesuwają się białe, jak malowane, obłoki i trzeba stanąć na chybotliwy kamień, żeby przejść suchą stopą przez strumień.

Później, w Falmouth, wchodzimy przypadkiem na plażę idealną. Można na niej znaleźć małe, kolorowe jak cukierki muszelki, które należą do niewielkich, morskich ślimaków. Schylam się, podnoszę je garściami, i przeglądając odkładam najładniejsze do kieszeni. Muszę uważać, żeby na pewno zostawić na plaży te, które są zamieszkane, a których lokatorzy zaalarmowani ruchem pochowali się głęboko w swoich domkach. Są tam też oczka wodne w litej skale, które zostały po odpływie. Przypominają małe akwaria o krystalicznie czystej wodzie, z odrobiną piasku na dnie. W jednym, wśród zielonych wodorostów, urzęduje krab. W innej na czas odpływu została uwięziona kilkucentymetrowa rybka. W jeszcze innej utknęły najładniejsze w całym morzu muszle. Nie mogę stąd odejść, dopóki nie obejrzę każdego z tych mikroświatów. Kucam tak długo, aż zaczynają boleć mnie plecy i kolana i ciągle znajduję coś nowego i ciągle czymś nowym się zachwycam.

Na zachód słońca jedziemy do pobliskiego Poldu. Plaże, skały, klify, chmury, mewy, wiatr, rosnące ku wieczorowi fale, składają się na niesamowity spektakl. Nie wiadomo gdzie patrzeć, czemu poświęcić więcej uwagi. Wszystko podświetla miękkie, ciepłe światło. Niska trawa rosnąca na klifach jest tak delikatna, że chodzi się po niej jak po pierzynie. Dwójka kajakarzy nocujących nieopodal w vanie radzi gdzie najlepiej zwodować kajaki, które my też ze sobą przywieźliśmy. Na noc wracamy do swojej biało-niebieskiej chatki. Zmęczeni i pełni wrażeń zasypiamy kamiennym, spokojnym snem, żeby jutro obudzić się i chłonąć jeszcze więcej krajobrazów i przestrzeni.

 

Zdjęcie: Adrian Krajewski

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.