Podróż. Część I.

M

gła wstawała znad rzeki i połykała drzewa, drogi i domy. Na wodzie siedziało stado gęsi. Wyglądały jakby zebrały się tutaj na naradę zdziwione i zaniepokojone nagłym spadkiem temperatury. Każda powierzchnia pionowa i płaska najeżona była drobnymi igiełkami szronu. Cała okolica została zaczarowana w ciszę i biel. Mróz cienką warstwą skuł kałuże i wyostrzył powietrze. Był to poranek świąteczny i wszyscy spali jeszcze w ciepłych łóżkach, w perspektywie dnia mając dojadanie świątecznych potraw i ciast i może, ewentualnie, spacer, jeśli jedzenie za bardzo ich znuży.

Matt szedł ścieżką ciągnącą się wzdłuż rzeki. Ubrany był w ciepły płaszcz, czapkę i rękawiczki, jednak stopy miał bose. Wszyscy niemal nieustannie pytali go o powód nienoszenia butów i każdemu cierpliwie tłumaczył, że właściwie nie było ku temu żadnego powodu. Ot tak, po prostu, najpierw zaczął chodzić boso po domu, później wychodził tak do ogrodu, a z czasem przestał zakładać buty wyskakując po drobne sprawunki do pobliskiego sklepu. Nawet ślub brał bez butów. Ludzie nie mogli się temu nadziwić, a dla niego była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Chodził dzięki temu z większą uwagą i kiedy szedł ulicą, był naprawdę tu i teraz.

Policzki miał zaróżowione od szybkiego marszu, a jego oddech zamieniał się w chmurę pary. Mimo, że było już dawno po wschodzie słońca, ptaki jeszcze nie wstały, widać nawet one postanowiły dzisiaj dłużej pospać. Ścieżka łagodnie skręcała ku miastu. Na ulicach przedmieścia i centrum nie było żywego ducha. Panująca wszędzie cisza miała w sobie coś uroczystego, zapowiadała przebudzenie ludzi wypoczętych i radosnych. Matt z jednej strony z lubością się w niej rozpłynął, a z drugiej miał ochotę pociągnąć wszystkich śpiących za rękaw, jak niecierpliwe dziecko ciekawe świątecznej krzątaniny i z niecierpliwością oczekujące tego, żeby w końcu coś zaczęło się dziać.

Przystanął na chwilę przed witryną kawiarni, do której przychodził niemal codziennie na mocną, czarną kawę i poranną prasę. Oczywiście była zamknięta. Krzesła leżały pozakładane nogami do góry na stołach. Jednak czasami, nawet kiedy było zamknięte, w głębi sklepu można było dostrzec zajętego czymś właściciela albo jego żonę, którzy mieszkali na piętrze i chętnie wpuszczali do środka stałych bywalców, jeśli ci, zapukawszy w szybę, gotowi byli wypić kawę i zjeść ciastko nie zajmując ich swoją osobą. Dzisiaj jednak nie było tam nikogo. Trudno, będzie musiał obejść się bez tego. Coś ciepłego wypije chyba dopiero po powrocie do domu. Ukroi sobie jeszcze kawałek świątecznego drożdżowca, który upiekła jego ciotka i posmaruje go grubo masłem. To będzie idealne śniadanie. Rozmarzony i pokrzepiony tą myślą ruszył dalej. Mimo, że wstał wcześnie rano zupełnie wyspany, teraz zaczął morzyć go sen. Z lubością przymykał oczy i z zamkniętymi powiekami robił kilka kroków i na powrót je otwierał. Jak przyjemnie byłoby leżeć teraz pod ciepłą pierzyną, z głową na miękkiej poduszce…

Już miał zawrócić w stronę domu rezygnując z dalszego spaceru, kiedy usłyszał stukot końskich kopyt o bruk. To go przy ciszy ogarniającej miasto trochę otrzeźwiło. Zza rogu wyjechała bryczka zaprzężona w pięknego bułana. Powoził nią stangret z bokobrodami, w wysokim kapeluszem na głowie, ubrany w szeroki płaszcz.

–  Że też ludzie wydają pewnie grube pieniądze, żeby wozić się takimi historycznymi pojazdami. – Pomyślał Matt.

Mimo lekkiej dezaprobaty przystanął, żeby przyjrzeć się powozowi, który po chwili zrównał się z nim i zatrzymał.

– Służę. – Stangret zeskoczył z kozła i otworzywszy drzwiczki powozu lekko pokłonił się przed Mattem.

Ten nie pytając o nic, dla żartu, wszedł do środka i usiadł na miękkich poduszkach. Powóz ruszył i jechał, trzęsąc się na kostce brukowej. Mattowi, mimo wszelkiej logiki, nagle wydało się, że znajduje się jak najbardziej na swoim miejscu. Pachniało tu dymem tytoniowym i perfumami, a w oknach wisiały czarne zasłony z frędzlami. Wszystko było mu tak bardzo znajome, że bał się, że nadmiernym zastanawianiem się dlaczego tak jest, odgoni to uczucie. To trochę tak, jak sen, którego nie możemy sobie rano przypomnieć i tylko mgliście pamiętamy jego klimat i atmosferę, a zapytani nie jesteśmy w stanie nic konkretnego o nim powiedzieć. Siedział więc, starając się nie ruszać ani nie myśleć, żeby nie spłoszyć tego ulotnego wrażenia. Oparłszy się wygodnie, wyglądał przez okno i musiał na chwilę przysnąć, bo budynki miasta, którego ulicami jechali, zniknęły nie wiadomo kiedy. Na ich miejsce pojawiły się gęsto rosnące, strzeliste drzewa. Ich korony prawie nie przepuszczały światła. Wszystkie drzewa były proste jak zapałki, ich niższe pousychane gałęzie wyciągały się złowieszczo na wszystkie strony, a całą ściółkę pokrywał ciemnozielony mech. Mimo wczesnego poranka panował tutaj prawie zupełny mrok i tylko gdzieniegdzie, spośród gałęzi punktowo przebłyskiwało jasne niebo.

Zajechali w końcu przed bramę, która prowadziła do posiadłości otoczonej grubym, wysokim murem. Odźwierny otworzył żelazne wrota i powóz lekko potoczył się aleją, po której obu stronach rosły wiekowe dęby. W końcu zatrzymali się na podjeździe kamiennego, trzypiętrowego domu, który musiał mieć chyba ze sto pokoi. Woźnica pomógł Mattowi wysiąść z powozu. Kamerdyner już stał przy drzwiach frontowych gotowy, żeby powitać gościa. Z ukłonem wpuścił go do środka, zamknął za nim drzwi, odebrał płaszcz i odszedł. Pierwszą rzeczą na jaką Matt zwrócił uwagę po wejściu do środka był gruby, gęsto tkany dywan, w którym niemal po kostki utonęły jego bose stopy. Stanowiło to przyjemną odmianę dla twardych chodników i ulic miasta, przez które kilka chwil temu przechodził.

Nie zdążył się dobrze rozejrzeć, kiedy drzwi jednego z pokoi otworzyły się i oczom Matta ukazał się przysadzisty mężczyzna w średnim wieku. Był ubrany elegancko, spodnie miał wyprasowane w kant, białej koszuli dopełniały złote spinki do mankietów, a cały strój podkreślała kamizelki w zielono czerwoną kratę, w kieszonce której znajdował się zegarek na łańcuszku. Wąsy miał starannie wypomadowane i podkręcone ku górze. Cały czas mruczał coś do siebie i pochrząkiwał. Należał z natury do tych żywych dusz, które nieustannie muszą być czymś zajęte. Nawet nie mając nic do zrobienia i niczego konkretnego pod ręką, rozglądają się za czymś nieistniejącym, szukają wyimaginowanych rzeczy po kieszeniach, wiedząc, że niczego tam nie znajdą. Albo piją herbatę, bez potrzeby przekładając łyżeczkę raz na prawą, raz na lewą stronę filiżanki, od czasu do czasu strzepując niewidzialny pyłek z ubrania. Krótko mówiąc, kiedy świat nie dostarcza im wystarczającej ilości bodźców godnej ich niewyczerpanej żywotności, sami muszą je dla swojej rozrywki stwarzać. Jegomość ów wyciągnął rękę do Matta i potrząsnął nią mocno i zdecydowanie. Nazywał się James Henry de Morgan i był właścicielem tej posiadłości.

Wskazał Mattowi drogę do obszernego pokoju urządzonego prosto, z gustem i wygodnie. W kominku zapraszająco palił się ogień i czekały przystawione do niego dwa fotele.

– Nie wzgardzi pan filiżanką kawy? – Zapytał Matta gospodarz.

Matt z wdzięcznością przyjął ciepły napój, zastanawiając się, czy przypadkiem pan de Morgan jakimś dziwnym sposobem nie wiedział, że niespełna godzinę temu Matt stał przed witryną kawiarni marząc o kawie. Otrząsnął się jednak z tego wrażenia i postanowił w końcu wyjaśnić tę sytuację, w którą prawdopodobnie, marnując czas i energię innych, zabrnął.

– Bardzo mi przykro, ale chyba nie jestem tym, na kogo pan czekał…

– Wręcz przeciwnie! – Przerwał mu pan de Morgan. – To znaczy jest pan i nie jest. – Dodał niejasno.

cdn.

2 myśli nt. „Podróż. Część I.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.