Pączek z lukrem

M

arianna toczyła się jak kulka wzdłuż jednej z głównych ulic miasta. Za nią szły gęsiego jej dwa, równie grube jak ona psy. Pierwszym z nich był jamnik Tadeusz, który prawie zamiatał brzuchem chodnik. Pochłonięty nieustannym trawieniem wyglądał, jakby cały czas przysypiał. Patrzył na świat przez zwężone w szparki oczy, będąc w stanie utrzymać je otwarte tylko na tyle, żeby idąc o nic się nie potknąć. Przez ten grymas wyglądał jakby cały czas wszystko i wszystkich oceniał. W ślad za nim szła kudłata Katarzyna, krzyżówka spaniela i czegoś bardzo włochatego. Idąc z jak największą gracją potrafiła, rozglądała się na boki wielkimi, czarnymi oczami, otoczonymi ciemną firanką rzęs. Przy całym jej wdzięcznym kroku i głębokim spojrzeniu, czynił jej wygląd komicznym fakt, że miała okrągły tułów, spod którego wysuwały się cztery długie, cienkie jak patyki nogi.

Marianna wedle swojego codziennego zwyczaju weszła do kawiarni “Wanilia”. Wynurzyła się stamtąd po chwili, kładąc przed każdym z psów po pączku. Popatrzyła na oba zwierzaki z rozczuleniem, po czym na powrót zniknęła za drzwiami kawiarni. Przez kolejne kilkadziesiąt minut miała oddawać się przyjemności jedzenia słodkości i popijania ich czarną, mocną kawą.

Tadeusz i Katarzyna wzięli swoje pączki w zęby i rozsiedli się przed witryną kawiarni, zza której od czasu do czasu pukała i machała do nich ich właścicielka.

Jamnik w ekstazie zlizywał lukier z pączka z dziurką, brudząc sobie przy tym słodką mazią uszy. Katarzyna skubała swój pączek z budyniem przednimi zębami tak, jak robią to ci, którzy swoje zbytnie łakomstwo próbują pokryć fałszywą wstrzemięźliwością. Najchętniej połknęłaby go na dwa razy. Po zjedzeniu swojej porcji Katarzyna przyglądała się przechodniom i ruchowi na ulicy, podczas gdy Tadeusz z mniejszymi i większymi sukcesami próbował zlizywać lukier ze swoich długich uszu.

Uczta Marianny zajmowała dziś więcej czasu niż zazwyczaj, bo w kawiarni spotkała znajomą, z którą musiała przegadać wszystkie zaległe plotki. Nie zapomniała jednak o swoich zwierzakach i wyniosła im po wielkiej jak dłoń bezie. Bezy zostały zjedzone w minutę, a chodnik wylizany do czysta.

Co chwilę przed parą psów zatrzymywały się prowadzone przez rodziców dzieci i chciały je głaskać. Tadeusz w odpowiedzi szczerzył zęby, bo uważając się na wpół za człowieka, nie życzył sobie uwłaczającego klepania po głowie, ciągnięcia za ogon i uszy i z pogardą patrzył na Katarzynę, która podawała łapę i służyła, z przyjemnością słuchając komplementów na swój temat.

W końcu Marianna wyszła z kawiarni i cała trójka ruszyła w stronę parku. Przecież głównie po to wyszli z domu. Psy musiały się przynajmniej raz dziennie porządnie wybiegać. W Tadeuszu, który poczuł pod łapami soczystą, zieloną trawę, obudziła się bestia. Rzucił się na jakiś przypadkowy patyk i ze wściekłą zapamiętałością zaczął go rozszarpywać na strzępy, po czym pogonił wiewiórkę, a kiedy ta uciekła na drzewo, nie przestawał go obszczekiwać. Katarzyna w tym czasie przyglądała się dwóm chartom, które jak wiatr gnały wte i wewte po ogromnej przestrzeni trawnika i myślała, że gdyby tylko chciała, też by tak potrafiła. Marianna, objąwszy swoich pupili wzrokiem, usiadła na tej samej, co zawsze, ławce i wyciągnąwszy z torby książkę, oddała się lekturze. Zwierzęta miały czas dla siebie.

Tadeusz, który prawie ochrypł od ciągłego szczekania, ostatecznie zawarczał na siedzącą bezpiecznie na gałęzi wiewiórkę, dając jej tym znać, że to jeszcze nie koniec i że będzie miał na nią oko. Następnie udał się w stronę jeziorka. Pomoczył trochę łapy chodząc po płytkiej wodzie i sfrustrowany tym, że jak co dzień nie może złapać w zęby żadnej z drobnych, rozbijających się o łagodny brzeg fal, poszedł w stronę kilku, rozłożonych pod drzewami piknikowych kocy. Miał doskonale opracowany system proszenia o jedzenie. Chodziło o to, żeby nie być nachalnym i tak pokierować całą sytuacją, żeby człowiek myślał, że to on wyszedł z inicjatywą nakarmienia jamnika. Siadał więc w niewielkiej odległości od koca i starając się wyglądać jak najsympatyczniej, cierpliwie przyglądał się jedzącym ludziom. Wcześniej czy później ktoś go zawsze zauważał i od razu wyciągał ku niemu rękę z jakimś smakołykiem, chcąc go w ten sposób przekonać do podejścia bliżej. Tadeusz, niby wahając się, podchodził i niespiesznie raczył się poczęstunkiem. Robił rundę po wszystkich kocach i zawsze wracał na dłużej do tego, przy którym karmili najlepiej. Po czym zadowolony szedł pod ławkę, na której siedziała Marianna i rozłożywszy się na trawie drzemał aż do czasu, kiedy przychodziła pora zbierać się do domu.

Katarzyna znacznie aktywniej starała się wykorzystać swój pobyt w parku. Najpierw szła na obchód wszystkich alejek. Od czasu do czasu, dla utrzymania formy, przebiegała parę metrów lekkim truchtem i dopiero kiedy się porządnie zmęczyła i czuła, że na to zasłużyła, zaczynała wypatrywać możliwości zjedzenia czegoś dobrego. W takie jak ten, letnie, upalne dni, rozglądała się za dziećmi z lodami. Podchodziła do nich i zachowując się bardzo grzecznie bawiła się z nimi, a kiedy rodzice odwracali się chociaż na sekundę, wpatrywała się w lód i radośnie machała ogonem. Rozbawione dziecko, od razu rozumiejąc o co chodzi, zawsze częstowało ją swoją porcją, równocześnie spoglądając na rodzica i sprawdzając, czy ten aby na pewno nie patrzy. Kiedy na powrót się odwracał, widział swoją pociechę liżącą lody i tarzającą się w trawie Katarzynę. Wszystko w najlepszym porządku. Katarzyna świetnie dogadywała się z dziećmi i zawsze trzymali ze sobą sztamę.

Zbliżała się pora obiadu, trzeba było wracać do domu i, tak jak rano, cała trójka ruszyła gęsiego przez miasto. Przy obiedzie psy wylizywały swoje miski do czysta i prosiły o dokładkę. I jeszcze jedną. Sjestę Tadeusz spędzał drzemiąc na kanapie, a Katarzyna siedząc wygodnie w oknie, na poduszce, obserwowała przechodniów, psy i samochody. Wieczorem, na wspólne oglądanie serialu, przychodziła do Marianny jej koleżanka Zofia. Zazwyczaj miała ze sobą jakiś smakołyk dla psów, ale tym razem przyniosła piłkę. Tadeusz zaaportował dwa razy i zmęczywszy się, udając, że mu przypadkiem tam wpadła, wepchnął ją nosem pod meble w taki sposób, że nikt nie mógł jej wyciągnąć.

Nocą Tadeusz spał w nogach łóżka, pod kołdrą. Było mu tam gorąco jak w łaźni i brakowało powietrza, ale właśni tak lubił. Katarzyna układała się na zimnej podłodze, bo przez grubość i ilość sierści było jej zawsze za ciepło. Oba psy, oblizując się i merdając do swoich marzeń sennych ogonami, śniły o tym, jakie smakołyki się im jutro trafią. Co jakiś czas budziły się i widząc, że jeszcze nie świta ziewały, przeciągały się i na powrót zapadały w sny, w których budyń w pączkach się nigdy nie kończył, a lukier, którym były polane, nie zlizywał.

 

Po więcej przygód Tadeusza i Katarzyny zapraszam TUTAJ.

8 myśli nt. „Pączek z lukrem

  1. Pingback: Icing on the doughnut | Punkt krytyczny

  2. Pingback: Wakacje Tadeusza i Katarzyny | Punkt krytyczny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.