Czy było warto? – bajka z morałem

N

iedaleko rajskiej plaży o piasku złotym i miałkim, gdzie powietrze rozbrzmiewało odgłosami fal leniwie rozbijających się o brzeg, znajdowała się jaskinia. Była częścią formacji skalnych powstałych po wybuchu nieaktywnego juz wulkanu. Panowała w niej wieczna wilgoć i nigdy nie zaglądało tu słońce. Tuż pod sklepieniem jaskini, między tysiącami podobnych sobie osobników, zwisał On. Wśród pisków i wrzasków budzącej się z wolna dookoła niego ciżby, głuchy i ślepy na wszystko, zastanawiał się nad bezsensowną monotonią swojego życia. A myślało mu się dobrze, bo kiedy tak wisiał, cała krew spływała mu do głowy i obserwacje stawały się jaśniejsze.

Przeświadczenie o prowadzeniu nudnej egzystencji nie było tylko bezpodstawnym wymysłem zmęczonego życiem nietoperza, ale niepodważalnym faktem. I rzeczywiście, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu wykonywał te same, niczym nie różniący się od siebie czynności. Tuż po zachodzie słońca następowała pobudka, wylot z jaskini, polowanie na owady, głównie ćmy, powrót do jaskini i sen, aż do następnego zachodu. I tak w kółko, bez końca, z niewielkimi, od czasu do czasu pojawiającymi się urozmaiceniami.

Zmęczony codziennością z pełną determinacją postanowił sobie, że właśnie ta noc będzie inna niż wszystkie. Dobrze pamiętał opowiadania swoich dalekich krewnych, którzy nie żywili się jakimiś tam owadami, ale krwią, prawdziwą ludzką krwią, której smaku, jak mówili, nic nie było w stanie przewyższyć. I on także zamierzał jej dzisiaj spróbować.

Zaraz po zmierzchu nietoperze zaczęły jak zwykle wylatywać z jaskini całymi chmarami. Leciały nad rzekę, gdzie księżyc odbijający się w wodzie wabił najwięcej ciem. On natomiast udał się w przeciwną stronę, w kierunku wioski znacznie oddalonej od swojego wilgotnego miejsca zamieszkania. Kiedy dotarł na miejsce był tak zmęczony lotem, że nie zastanawiając się długo wleciał przez uchylone okno dachowe do pierwszego z rzędu domu. Usiadł na parapecie i zaczął się rozglądać. Miał szczęście, bo na poddaszu, w niewielkim pokoju ktoś spał. Podleciał bliżej i zawisł w locie nad swoją ofiarą. Była to dziewczyna. Spod kołdry i plątaniny długich, ciemnych włosów wystawał fragment jej śnieżnobiałej szyi. Nie zastanawiał się długo. Wylądował najciszej jak tylko potrafił na poduszce, tuż obok jej głowy. Niemal czuł smak i zapach świeżej, ludzkiej krwi, więc rozwarł szczęki i wgryzł się w szyję. Jednak nawet jej nie zadrasnął. Dziewczyna poruszyła się tylko niespokojnie, ale spała dalej. Spróbował jeszcze raz, mocniej, ale i tym razem nic z tego nie wyszło. Jego zęby były przystosowane do chwytania i jedzenia owadów. Nie były w stanie przebić się przez ludzką skórę. Po drugiej, nieudanej próbie niedoszła ofiara zerwała się na równe nogi i zobaczywszy nietoperza zaczęła krzyczeć ile tchu w płucach. Nie minęło dziesięć sekund, kiedy w progu stanęły dwie osoby, kobieta i mężczyzna, zapewne rodzice dziewczyny. Nietoperz, korzystając z chwili zaskoczenia jakie wywarł swoją obecnością, wzniósł się pod sufit i kierował się w stronę okna. Ale nie było to łatwym zadaniem, bo cała trójka chcąc dostać go w swoje ręce, rzucała w intruza najprzeróżniejszymi przedmiotami, mając nadzieję, że spadnie na ziemię i będą mogli się z nim policzyć. Jednak jakimś sposobem, wśród latającego wszędzie pierza z rozdartych poduszek, udało mu się uciec.

Ledwo żywy doleciał do domu – ciemnej i wilgotnej jaskini. Zawisł na swoim stałym miejscu, pod jej sklepieniem i starał się uspokoić. Kiedy doszedł do siebie, wszyscy naokoło już spali, a słońce od dawna wznosiło się nad horyzontem. Odczuwał straszny głód i zmęczenie. Ale ta noc nie była dla niego tylko bezowocną stratą czasu, czy niebezpieczną przygodą. Uświadomił sobie, że nie jest w stanie oszukać natury, a jego na pozór nudne życie nie jest wcale takie złe. Każda istota zajmuje się tym, do czego została stworzona. Tak naprawdę był szczęśliwy wcale tego nie widząc ani nie doceniając. Robił to, co potrafił, najlepiej jak umiał. Tylko jego wątpliwości nie pozwalały mu w pełni rozwinąć własnego potencjału. Zasnął ciesząc się już na następną noc, kiedy razem z innymi poleci nad rzekę i w świetle księżyca będzie łowił ćmy. Wkrótce został najlepszym łapaczem owadów w swoim stadzie.

5 myśli nt. „Czy było warto? – bajka z morałem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.